FILIPINY / TAJLANDIA / KAMBODŻA 4: Burdel Świata #Filipiny

DZIEŃ 4

04.02.2014

Manila, Manila, Manila, trochę słyszałem o tym mieście … dlatego po wylądowaniu od razu chcieliśmy jechać do Angeles City:) Przy lądowaniu zaś coś gruchnęło, śmialiśmy się, że najprawdopodobniej chłopaki z Manili podłożyli kamień na nasz pas do lądowania. Po zatrzymaniu samolotu usłyszeliśmy zaś dźwięk, jakby ktoś coś piłował. Pomyśleliśmy ponownie o chłopakach z Manili, że na pewno już nie mogą się doczekać nowy białych portfeli więc piłują samolot, żeby dostać się do środka. Nasza ułańska fantazja zaprowadziła nas jeszcze dalej. Oczami wyobraźni widzieliśmy już, jak czekają na nas oparci o barierki. Faktycznie stali, ale było na tyle daleko, że w sumie nie stwierdzono kto i po co … a chomik w głowie wciąż biegnie w kole nakręcającym wyobraźnię:)  Podczas gdy reszta leciała w sandałach ja asekuracyjnie leciałem w butach, żeby ewentualnie szybciej uciekać. Dobra bierzemy taxę i jedziemy na przystanek autobusowy i od razu jedziemy do Angeles City (140pesso =9zł).Szybko kupujemy bilet, bo zaraz odjazd. Zdejmuję plecak, żeby go zapakować do luku bagażowego. No stoję dwa metry od niego, ale jeden kolo z obsługi bierze ode mnie bagaż i go tam wkłada, kupuję wodę,wchodzę do środka, siadam z tyłu, i po chwili pojawia się ręka, która mówi zapłać. Zapłaciłem już za bilet, nie wiem o co chodzi, bo ręka nie umie za bardzo wytłumaczyć mówi tylko „zapłać 5 pesso . Jestem tu nowy, zmieszany, zmęczony, nie rozumiem,w stresie nie mogę obliczyć ile to jest 5 pesos, mam dać? Jeras mówi, że nie…Ale Jeras nie mówi jak odpędzić rękę. Więc mówię, że ja w ogóle nie wiem, za co mam niby płacić. Dziewczyna obok mówi od niechcenia baggage boy” … no żesz w mordę, za to, że wziął ode mnie mój bagaż i go położył w luku, mimomimo że go o to nie prosiłem. Dobra dam te 5 pesoo przecież to 25 groszy jak się okazało i co ?…Jeszcze dla kolegi 5 pesos:) . Tak czy siak, są to oczywiście marne grosze dla nas, ale nie powinno się dawać im tak naciągać. Ale skoro już nieświadomie skorzystałem z ich świetnej fachowej usługi, bez której sam bym sobie nie dał rady, to lepiej zapłacić aniżeli później ocknąć się bez swojego bagażu na ostatnim przystanku. Wysiedliśmy w Angeles City od razu wsiedliśmy do jeepneya który zawiózł nas na BaliBago – tam było trochę hoteli do wyboru. Od razu dzieci do nas przybiegły, roześmiane zaczęły rapować na mój widok i skakać wokół nas, pytać skąd jesteśmy – śmieszne sympatyczskurwole dobierające się do saszetek, złapałem jednego na gorącym i odpędziłem.Drugi jeszcze chwilę postał, spod pachy wyjął torbę z klejem sztachnął się i sobie poszedł – ehh urwis:D. Weszliśmy do Hotelu Natalia, który ma duże przeszklone drzwi i ogólnie cały jest przeszklony, dzieci wracały co chwila patrząc na nas przez szybę.Wyglądało to jak z jakiegoś filmu o zombie … to nie dzieci to zombie boye …Jeremi podaj mnie ino shotgun’a … Zostajemy w Hotelu Natalia (pokój 4os/2400pesso =160:4=40zł). Wychodzimy na miasto, małe szamanko ze straganu potem znajdujemy tylko jedno otwarte biuro podróży, z którego musieliśmy skorzystać, żeby dostać się na drugi dzień do Wulkanu Pinatubo.(2600pesso za osobę =170zł). W mieście rozpusty to, co zwykle… normalka, podstarzali biali Panowie szturmują okoliczne domy uciech, dziewczyny zaś stoją we wrotach zapraszając / nagabując, że aż nie miło, no i te lady boye wokoło, że naciąć się można. Dziewczynki nawet 10letnie można tutaj sobie przygruchać, jeśli ma się ochotę mówią, że Filipiny to burdel świata. Angeles City zaś to główny sex kurort Filipin. Niegdyś znajdowała się tutaj amerykańska baza wojskowa co przyczyniło się znacznie do rozwoju kurestwa w tym mieście, zwanym też Sin City. Na prostytutki mówi się tu Pok Pok i mimo, że trudnią się nielegalnym procederem to nikt nie ma im tego nie wytyka. Dla swoich rodzin są bohaterkami…tak długo, aż dostarczają pieniądze swym rodzinom zaszytym gdzieś na filipińskich wioskach. Podczas gdy wynagrodzenie miesięczne kucharki to około 2tys. pesso. wynajęcie miesięczne prostytutki na cały miesiąc kosztuje 5tys pesos i nie dość, że z Tobą sypia to też ugotuje, upierze – full opcja. Jeden numerek w krzakach to jakieś 100 pesso czyli 7zł. Dziewczyny w burdelach biorą od 1500 pesos do 3 tys pesos za całą noc zabaw podczas gdy zwykłe ulicznice działające na własną rękę tylko tysiaczka. Podobały mi się za to bary – takie, że centralnie na chodniku się siedziało, albo w środku, ale szyb nie było …Zauważyłem, że podczas tej podróży nic mi się nie śni – to chyba dlatego, że właśnie spełniam swoje sny:)

DZIEŃ 5

05.02.2014

5:30 podjechała po nas fura, którą jechaliśmy godzinkę poza miasto do punktu przesiadki w jeepa. Jeepem znowu jechaliśmy z godzinę offroadem.Była to dla mnie nowość więc nie przeszkadzał mi poobijany tyłek. Czasami bywa problemowe dla mnie ubranie się adekwatnie do warunków atmosferycznych…no kto mógł przewidzieć, że rano na mknącym jeepie będzie wiało jak cholera. Nie wytrzymałem, musiałem wyjąć kąpielówki (tylko to miałem) i założyć sobie na ręce nogawki tak, żeby się choć trochę ogrzać. W jeepie zaś moją uwagę przykuła naklejka z alarmowym numerem telefonu, a poniżej było dopisane rzecz jasna It’s more fun in the Phillipines „ Heh wiadomka, żyj jakby jutra miało nie być. Po godzinnym offroadzie wysiedliśmy, oddalając się od jeepa, kierowca krzyczy do Wincza, że zostawiła wodę – za takie momenty właśnie się kocha Wincza, który na to pytanie zafrapowany odpowiada „ Yes Yes No No:) Czekała nas jeszcze godzina drogi na piechotę od jeepa. Śmialiśmy się, że to na pewno tu żyje legendarny potwór pożerający bydło, czyli Chuppacabra ( tak, tak po tygodniu oświeciło nas, że Chuppacabra rzekomo grasuje w Meksyku nie na Filipinach, myślicie, że nam to przeszkadzało? A skąd, nakręcanie tematu było jeszcze śmieszniejsze:)
Oprócz Chuppacabry na tym odludziu żyli ludzie. Spotkaliśmy matkę z dziewięciorgiem dzieci żyjących w szałasach.
Po godzinie marszu ukazało nam się jezioro w kraterze wulkanu Pinatubo – tak było pięknie oczywiście tylko,że kąpać się nie można było. Jeśli nie ma ratowników to obowiązuje zakaz kąpieli. Zjedliśmy lunch i udaliśmy się w drogę powrotną do hotelu obleganego przez zombie boys, a następnie do Dau i dalej do Manili…Ahhh Manila Manila..od razu udaliśmy się na terminal autobusowy do Banaue. Naszą poczekalnią na autobus była sieciowa restauracja Jolibee…nie wiem o co chodzi, nie wiem co oznacza, nie wiem czemu, ale zamawiam jedzenie i na kasie zamiast ceny wyskakuje napis „RAP!” ;)
Jedziemy z tym rapem w takim razie, podróż trwa 10 godzin, z czego śpię tylko trzy, jesteśmy jedynymi białymi w autobusie reszta to Filipińczycy wiozący zakupy ze stolicy, choćby telewizory Pensonic, rodzina już pewnie cała w skowronkach wypatruje głowy rodziny z plazmą.

Zostaw Komentarz