FILIPINY / TAJLANDIA / KAMBODŻA 5: Ja i moi ludzie żyjemy na krawędzi

DZIEŃ 6

06.02.2014

Ostatnie godziny jechaliśmy górskimi serpentynami, a jakiekolwiek zabudowania skończyły się już dawno temu. Koło 7 rano po 10 godzinach drogi dojechaliśmy do Banaue, małego miasteczka wśród gór sprawiającego wrażenie odciętego od reszty świata. Zagadałem jakiegoś mieszkańca, który całe zęby i usta miał  wymazane na czerwono. Wyglądało jakby usta były popękane i mu krwawiły, zaraz drugi pojawił się, który wyglądał podobnie, nagle zacząłem dostrzegać innych. Jako że przestrzegano mnie przed różnymi choróbskami, o których nie miałem pojęcia, to przeszło mi przez myśl, że ludzie z tego małego miasteczka mogą chorować na coś, na co akurat się nie zaszczepiłem. Jak się okazało nie przywlokłem żadnej choroby a ta czerwień była od betlu, na który składają się: liście pieprzu żuwnego, nasiona palmy areki, mleko wapienne lub pokruszone muszle małży oraz różne dodatki. Betel używa obecnie ok. 10–20% ludzi naszego globu, co sprawia, że jest on czwartą najbardziej popularną używką na świecie za kofeiną, nikotyną i alkoholem.

Mimo że jesteśmy wycieńczeni po 10 godzinnej podróży, nie dajemy namówić się lokalnym przewodnikom na zagospodarowanie naszego czasu i nie zostajemy w Banaue. Jedziemy dalej w górę jeepneyem (200pesos/osoba)do miejscowości Batad gdzie będziemy mieszkać bezpośrednio na tarasach ryżowych. Jedziemy kolejne półtorej godziny, mimo pięknych widoków trochę mi się już przysypia. Dojechaliśmy, stoją jakieś dwie budy, w których można sobie zakupić picie czy przekąskę – to już tu? Jesteśmy? To to? A skąd…teraz 40 minut w dół po wielkich schodach z ciężkimi plecakami, których uchwyty wrzynają się w moje nadpalone słońcem ramiona. Robimy opłatę klimatyczną, którą też chyba niepotrzebnie uiściliśmy w Banaue. Wybieramy nocleg w Saimonsie (200pesso =13zł) Widok faktycznie mamy centralnie na zapierające dech w piersi tarasy ryżowe. Tyle poświęceń, by zobaczyć jak rośnie ryż i wiecie co? On rośnie niesamowicie:)

Chodzenie po tarasach nie było łatwe, przechodziliśmy z poziomu na poziom, czując się jak w grze, wąskimi na dwie stopy ścieżynkami wymijając różne kłody pod nogami, rzekome węże w zaroślach, waleczne koguty, którym nie wiadomo co strzeli do głowy, tubylców z maczetami, którym też nie wiadomo co strzeli do głowy. Czasami ścieżynka nam się zwężała akurat, gdy przechodziliśmy nad przepaścią z bujającymi się torbami na ramieniu. Po czasie zobaczyliśmy, że turyści prowadzeni przez przewodnika są w ogóle kilka poziomów niżej i tam był bezpieczny punkt widokowy przewidziany dla turystów, a my jesteśmy na wyższym, naszym punkcie widokowym:) Okazało się, że nie bardzo wiemy jak stamtąd zejść teraz do wioski na dół, a nie chcieliśmy wracać na sam początek i tracić czasu. Bujaliśmy się więc w te i z powrotem aż w końcu z mozołem udało nam się zejść.

https://www.youtube.com/watch?v=cXMhKdAwLbs

Idealny utwór do chodzenia po tarasach by poczuć się jak w grze arcade:)

Do Wodospadu Tappia dojście zajęło nam z godzinę, wykąpaliśmy się tam dla ochłody i ruszyliśmy z powrotem. Od razu po wejściu do wioski, z pierwszej chałupki wybiegła jej mieszkanka, oferując nam obiad u siebie. Miała przygotowane menu, z czego wybrałem sobie makaron z tuńczykiem i warzywami (180pesos). Doczłapaliśmy się do domu, gdzie już czekały na nas trzy masażystki (400pesos=27zł/1h). Widziałem tylko tą, co z nami rozmawiała i od razu ją sobie zaklepałem, niestety Winczowi trafiła się lepsza :/ No nic i tak był to świetny masaż godzinny, podczas którego chillowałem sobie z piwkiem w ręku:)

WSKAZÓWKA: Jeśli dojedziesz zmęczony do Banaue i zastanawiasz się, czy jechać dalej do Batad. To jedź koniecznie, bo warto. Tarasy ryżowe zrobiły na mnie chyba największe wrażenie podczas tej podróży!!

 

DZIEŃ 7

07.02.2014

W takiej pięknej scenerii zjeść jajeczniczkę na śniadanie to jest to:) (2jajka,pomidorek,cebulka,pita z margaryną – 210 pesos).
Tak jak wspominałem, schodząc na tarasy ryżowe każdy z nas sobie narzekał. Myślałem, że wszyscy w drugą stronę pod górę  kogoś najmą do niesienia plecaka. Finał był taki, że tylko ja wziąłem Andrzeja, żeby poniósł mi plecak, cała reszta (w tym dwie dziewczyny) niosła sobie sama, ale co tam – się śpi na sianie „make it rain make it rain:P

Mój osiołek Andrzej czekał na mnie już od 6 rano, podczas gdy ja wylegiwałem się, aż do  7:30. Zanim zjedliśmy i wyruszyliśmy zrobiła się godzina 10:00. Tragarz chciał 300 pesos ale zszedłem na 220.
Na górze okazało się, że publiczny jeepney poszedł o 9;00 teraz zostały droższe prywatne. Targujemy się ile wlezie, kończąc na 1000pesos za 4os.
W Banaue dogadaliśmy się na transport do Sagady za 300pesos na głowę jednakże, gdy dojechaliśmy do Bontoc chcieli od nas od razu pieniądze, ale powiedzieliśmy, że dopiero na koniec im zapłacimy. Stwierdzili po chwili, że za czekanie na nas w Sagadzie będzie nas kosztowało 3000 + 300 pesos/os za powrót. Sprawy się skomplikowały, gdyż mieliśmy czas wyliczony idealnie by dotrzeć na autokar do Manili, o czym wiedzieli więc sprawa się rypła.
Po drodze zauważyłem szczątki autokaru w przepaści, myślę sobie no ładnie, ktoś tu się kiedyś zwalił. Kiedyś …okazało się, że autokar firmy Florida spadł raptem 4 godziny wcześniej, 14 osób zginęło, 32 zostały ranne.

No nic, dojechaliśmy do Sagady, zapłaciliśmy tyle, co było umówione na początku za podróż w jedną stronę i zabraliśmy nasze bagaże mówiąc, że jak mają lepsze rzeczy do roboty to niech jadą sobie, a my zobaczymy sobie wiszące trumny i wrócimy za godzinę. Jak będzie ktoś chętny to pojedziemy z nim z powrotem jak nie to najwyżej zostaniemy w Sagadzie na noc i wrócimy jutro. Teraz zmiękły im fujary z 3tys zeszli na 1,5 ale nadal machaliśmy na nich ręką, stanęło 1200 za 4 osoby i ani peska więcej. Zgodzili się i czekają, ale bagaże wzięliśmy ze sobą, żeby nam z nimi nie odjechali. Najpierw w złą stronę poszliśmy, wracając, zostawiliśmy bagaże w informacji turystycznej i poszliśmy w drugą stronę koło kościoła ku wiszącym trumnom. No całe szczęście, że zostawiliśmy te bagaże, gdyby przyszło nam do głowy iść z nimi, to po prostu nie dalibyśmy rady dojść do celu.

W Sagadzie byłoby co robić, ale my na szybko zobaczyliśmy tylko wiszące trumny, zjedliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Jadąc górskimi serpentynami naszła nas noc, a chwilę później mgła, także zaczęło się robić niewesoło mając w pamięci roztrzaskany autokar widziany rano. Dojechaliśmy do Banaue o 19:15 więc autokar do Manili powinien już uciec, ale on też się opóźnił więc zdążyliśmy. (450pesos). Gdy jechaliśmy z Manili do Banaue byliśmy jedynymi białymi w autokarze, w Manili zaś oprócz bus terminalu nie widzieliśmy żadnych białych, a w stronę nie dość, że cały autokar był wypchany białymi, to powiem lepiej – 19 osób z nich było z Polski:)

WSKAZÓWKA: Targuj się ile wlezie, prędzej czy później fujary im zmiękną:)

Zostaw Komentarz