FILIPINY / TAJLANDIA / KAMBODŻA 7: Manila Manila tyś perła miast

Dzień 9

09.02.2014

Z rana zajadamy nasze śniadanko (rybka i jajeczniczka), które było wliczone w cenę naszego zakwaterowania i ruszamy szukać miejsca skąd odjeżdża autokar. Jak to wywróżył Przezorny Jeras – miejsca gdzie będziemy na niego czekać i czekać, bo podobno „nie jest tak Kuba, że idziesz i jedziesz od razu.” No więc okazało się, że autokar odjeżdżał centralnie spod naszego hotelu i czekaliśmy na niego dwie minuty. Przypadek? Nie sądzę :)

Manila, Manila tyś perła miast śpiewała mi Mama. Wreszcie dojechaliśmy do Manili, w której mieliśmy tym razem nocować ehh, jako że naczytałem się wcześniej o niej i o jej najgorszej dzielnicy portowej Tondo to chciałem jak najdalej od wody być ulokowany. Co się okazało? Jerasy wybrali Malate, która jest przy wodzie akurat. Na moje i ich szczęście do Tondo było daleko, a dzielnica wyglądała całkiem spoko, dookoła kluby, restauracje, centrum handlowe Robinson (wreszcie kupiłem wymarzoną koszulkę NBA – Westbrooka za 1200 pesos = 80zł podczas gdy w Polsce kosztowała by 300zł). Dla nas jest to zwykłe centrum, do którego chodzimy na zakupy zaś dla mieszkańców slumsów oraz cmentarza południowego jest miejscem, do którego przyjeżdżają po chłód. Szacuje się, że w Manili 10 000 osób żyje na cmentarzach. To, że na wypasionym chińskim cmentarzu gdzie grobowce wyglądają jak wille z ogródkami mieszkają ludzie to ja się nie dziwię, ale na normalnych też mieszkają gdzie trumna robi im za stolik a wieko jest przeźroczyste.

Jesteśmy w dzielnicy położonej nad wodą, więc idziemy na promenadę gdzie jeżdżą dorożki prosto na stare miasto. Brzmi nieźle, lecz w rzeczywistości próżno tu szukać spacerujących turystów, lodziarni czy innych atrakcji. Dookoła otacza nas manilska bieda, bezdomni, którzy przyszli nad wodę umyć siebie i swoje dzieci…nad wodę w centrum miasta nieopodal portu. Stare Miasto – Intramuros to pozostałości kolonialne, ale tam też mieszka bieda. Jadąc do Azji wiedziałem, że można tu zjeść ze straganu różne dziwne rzeczy. Skusiłem się na grillowany boczek z jednego, bo wyglądał najnormalniej, ale w końcu mi nie smakował i było mi dziwnie po nim. Na grillu pichciły się jeszcze jelita, kurze łapki, kurze łby oraz grillowana krew. I tak myślę sobie, że to nie są żadne smakołyki i rzeczy, które trzeba spróbować będąc tam. Tylko po prostu z biedy oni grillują te rzeczy zamiast kurzego udka, skrzydełka czy piersi. Na tym wyjeździe spróbowałem jeszcze parę rzeczy, ale następnym razem już sobie podaruję, bo żadnej frajdy w tym nie widzę. Wieczorem poszliśmy do ulicznej knajpy na jakieś normalne jedzenie (seafood, warzywka). Wszystko smakowało mi podwójnie, gdyż wreszcie mym oczom ukazała się jakaś ciekawa tajka. Wysoką szpilą sunęła wśród stolików, żółta sukienka ledwo zakrywała jej pośladki, co jakiś czas musiała ją sobie poprawić, duże piersi prezentowały się okazale jak dwie soczyste pomarańcze, ale tyłek i wcięcie w talii…Że tak powtórzę – tyłek i wcięcie w talii miała wprost idealne na mój gust. Moja była dziewczyna :* mawiała, że w moim typie są tajskie dziwki. Po wizycie w Tajlandii dementuję te pomówienia, mało która mi się tam podobała…ale ta podczas tego posiłku ewidentnie zrobiła na mnie wrażenie i zapewne była dziwką – przyznaję…jednakże przez cały czas, kiedy tam siedziałem i ją obserwowałem nie byłem w stanie ustalić w stu procentach czy to kobieta czy facet:) Mimo zmęczenia wybrałem się jeszcze na mały spacerek po dzielnicy, to chyba jakaś porządna dzielnica, bo nie ma żadnego striptizu nawet. Na każdym kroku dziewczyny zapraszają, na którego karaoke fanem nie jestem. Są też lokale, w których jest podany cennik drinków oraz dziewczyn do towarzystwa, za odpowiednią opłatą będą z tobą rozmawiać, grać w bilard i pić drinki, które im postawisz, jeśli ugadasz sobie coś więcej to proszę bardzo, ale to już na własną rękę. (300pesos)

WSKAZÓWKA: Manila, Manila to nie perła miast :)

 

Dzień 10

10.02.2014

Śniadanko jemy tam gdzie obiado-kolację (jajeczko sadzone, serek, dwa tosty, gorąca czekolada i coś z cebulką za 80 pesos) – tajskiej dziwki z wczoraj brak.

O looooosie !! Zwiedzamy dalej Manilę. Ustalmy jedno – jestem świeżakiem, jeśli chodzi o takie klimaty, nigdy nie widziałem tylu bezdomnych zalegających na ulicach i takiej biedy. Niektórzy jeżdżą na wycieczki do najbiedniejszych dzielnic celowo, ja raczej należeć do nich nie będę. Najpierw idziemy do banku wymienić trochę kasy. Chcielibyśmy na początek poznać kurs, ale żeby to zrobić musimy się wpierw na recepcji zarejestrować, zostawić paszport, udać się do windy przy której stoi strażnik kierujący ruchem, na górze kolejny strażnik wskazujący drogę do pokoju, w pokoju wreszcie można dowiedzieć się, jaki jest kurs i wymienić…całe 200dolców. Aż głupio tak mały hajs wymieniać przy takim zamieszaniu. Podczas gdy ja wymieniałem pieniądze na zewnątrz coś huknęło. Jeras z Winczem byli przekonani, że to napad więc zaczęli się kryć za kolumny strażnicy zaś od razu chwycili za swe shotguny na zombie. Można było się wszystkiego spodziewać, ale akcja na szczęście się nie rozwinęła. Jedziemy do Quazon Church (taxa 100pesos). Przedzierając się przez stragany natrafiłem na stoisko z koszulkami koszykarskimi – wyglądają idealnie. Jest duży wybór jedyne co to leżą na stole zmitrężone w totalnym nieładzie, ale ich cena to 300 pesos za sztukę, czyli 20zł. Wyglądają jak oryginalne, a przypomnę, że w Polsce kosztują 300zł.

Nie chcą się targować, ale i tak cena jest mega więc biorę dwie Duranta i Stepha Curry.

Idziemy targiem, jest gwarno i tłumnie, duszno i ciężko w powietrzu, czuć ostro ryby, mięso, spaliny, ścieki i inne. Wszyscy mieliśmy te same odczucia, że zaraz od tego możemy po prostu puścić pawia. Zmierzamy do chińskiej dzielnicy, nadal jest tłumnie i ubogo, od 2 godzin nie widzieliśmy nikogo białego, za to u nas w hotelu naszymi sąsiadami byli Polacy ze Szczecina – Pozdróweczki:).Pytamy o drogę jedną Chinkę,wskazuje i idzie dalej, po paru minutach przybiega do nas zziajana mimo, że szła w ogóle w drugą stronę, przybiegła by dać nam wskazówkę żebyśmy za tuktuka nie dali więcej jak 60 pesos za 4 osoby. Wyglądało to tak jakby zaczęła się o nas bardzo martwić, mimo wszystko my i tak na piechotę idziemy. Naszym oczom ukazuje się kierunkowskaz na następną dzielnicę TONDO! To ta najgorsza, na którą za Chiny nie chciałem dojść, więc zarządzam ewakuację w lewą stronę. Na targowisku nadal smród, okazje cenowe, czarne Jezusy z krzyżami oraz figurki małego Jezuska jeszcze nieopalonego, którego można sobie ubierać w różnokolorowe ubranka. Podbiega do mnie dorożkarz, sympatyczny jak oni wszyscy. Chce wiedzieć skąd jestem, jak mam na imię, podaje mi rękę żeby się zapoznać. Niestety nie mam ochoty jechać dorożką i nie mam ochoty podawać mu ręki nawet. Pewnie nie miałbym tej ochoty, nawet gdybym nie widział jak chwile wcześniej obsługiwał konia, żeby ten się wysikał do wiaderka. Teraz pisząc to zastanawiam się w sumie czemu przy tym całym syfie dookoła, koń nie wysikał się po prostu na ulice tylko do tego wiadra. Boiska do kosza są tu wszędzie, wychodząc z kościoła po 5 krokach już można rzucać za trzy. Kosze wiszą na tarasach ryżowych, na starym mieście, na zboczu wulkanu, na rajskich plażach. Gra się tu o 8 rano i w nocy przy wielkim ognisku ze starego fotela. Co dziesiąty facet na ulicy ma koszulkę koszykarską na sobie, nie tylko NBA, ale wiele też koszulek zawodników z filipińskiej ligi, która jest tu bardzo popularnaA u nas? Nie widziałem nikogo w koszulkach Marcina Gortata, jedynego polskiego gracza w najlepszej lidze świata…no ale sam też nie mam jego koszulki…jakoś tego nie widzę, mimo że Polish Hammer daje radę.

Dobra dosyć tego syfu jedziemy do Makati – bogatej dzielnicy Manili, tu życie wygląda naprawdę normalnie. Nowoczesna zabudowa, wielkie centra handlowe, fontanny, ludzie uprawiający sport w parkach, tutaj naprawdę sobie ludzie biegają, a nie uciekają. Nie widać tu żadnych bezdomnych, nikt nie żebrze, jest czysto. Ponoć wystarczy przejść się Makati Avenue minąć Hotel Mandarin Oriental i zatrzymać się na czerwonym świetle przy Paseo de Roxas – to nieprzekraczalna granica dla biedoty. Zielone światło zapala się jak wszędzie ale nędza jak nigdzie wie, że dalej jej pójść nie wolno

Pewnego razu przyjechali dyrektorzy Asian Development Bank, aby na specjalnej konferencji rozmawiać o filipińskiej biedzie. Na czas ich przejazdu z lotniska zbudowano tymczasowy mur oddzielający slumsy od cywilizowanego świata. Napisał o tym cały świat i śmiała się telewizja CNN.

Centr handlowych w Manili jest kilkadziesiąt. Dwa z nich w pierwszej dziesiątce największych w Azji. My trafiliśmy do ogromnego Ayala Center, w którym wszystko było łącznie ze szpitalem i kaplicą, nawet powietrze jest świeższe niż na zewnątrz. Filipińczycy mówią o centrach handlowych – „nasze parki”.

WSKAZÓWKA: Jeśli chcesz poczuć chłód i świeże powietrze to tylko w centrum handlowy.

Zostaw Komentarz