HAWAJE Część 1: Ku Przeznaczeniu

wpis w: HAWAJE | 0

PROLOG:

Mówią na mnie Hawaj w skrócie Hawi, ksywka ta powstała spontanicznie jakieś 15 lat temu w czasach gdy chodziłem w koszulach hawajskich i głosiłem wszem i wobec, że jestem gorącym ziomem. Mimo uśmiechów kolegów sam w to uwierzyłem a później stało się to faktem. Stawało się rzeczywistością z każdym dniem, zacząłem interesować się historią i kulturą Hawajów, gdy czytałem hawajską hunę myślałem sobie no przecież ja tak właśnie robię zanim jeszcze zacząłem cokolwiek czytać na ten temat.Ludzie mówili mi że mam tyle pozytywnej energii że mógłbym obdarować wiele osób – tak właśnie staram się czynić dzięki czemu sam również nie miewam kiepskich dni – jestem optymistą bo jak mówi Łona – fruzie wolą optymistów. Nigdy jednak tak racjonalnie nie myślałem że trafię na Hawaje, kiedyś jedynie z ciekawości sprawdziłem w jakimś biurze podróży za ile można odbyć taką podróż, odpisali mi na maila i tyle. Chwilowa ciekawość została zaspokojona ale pojawiło się kolejne pytanie poczatkującego podróżnika – ciekawe jaki byłby koszt gdybym sam wszystko opracował pomijając biuro. Zacząłem hobbystyczne rozeznanie i obliczenia i wyszło sporo ale pomyślałem, że mógłbym w sumie uzbierać tyle i spełnić swoje marzenie. Muszę zaznaczyć że lwią część mojego życia poświęcałem rapowaniu, razem z przyjacielem tworzyliśmy duet BEER BEER (nazwa powstała spontanicznie na imprezie również 15 lat temu) po co o tym wspominam? – już mówię. W trakcie zbierania pieniędzy czytałem sobie książkę znawcy Huny – Maxa Freedom Longa gdzie wyczytałem następującą ciekawostkę. Okazuje się że zwrotów i formuł magicznych używanych przez dawnych hawajczyków używało jeszcze tylko jedno plemię, jedno na całej kuli ziemskiej. A było to plemie z północnej Afryki – Berberowie 🙂 Słabo?
Ale idźmy dalej albo siedźmy…pewnego szarego dnia siedzę sobie w pracy za biurkiem, dzień jak codzień, dzwoni telefon, jakas babka chce sie budować, potem drugi telefon ktoś chce sie rozbudować, trzeci ktoś chce podzielić działkę czwarty dzwoni mówi ” Aloha Panie Jakubie gdzie Pan jest, już wszyscy tu czekamy”
-Ale gdzie co?
– No w Honolulu na lotnisku mamy tu polską flagę, wszyscy już są na miejscu tylko Pana nie ma.
– Ale jak to, jak ja w pracy
chwila konsternacji
– A przepraszam czy dodzowniłem się do Pana Jakuba…i tu podał zbliżone naziwsko do mojego ale jednak inne:(
-Imię się zgadza ale nazwisko niestety nie to.
-Oj to przepraszam musiał się nam chochlik wkraść do systemu i nie ten numer wybraliśmy.

Był to facet z tego biura w którym dowiadywalem się o cenę , widocznie wpisali mnie do systemu. Chochlik jakiś, pomyłka? Ależ jak miło było usłyszeć głos z drugiej strony świata, z wymarzonego miejsca. I tak można powiedzieć, że to nic nie znaczące zbiegi okoliczności tyle, że ja wierzę, że nie ma czegoś takiego jak zbiegi okolicznosci. Wierzę że wrzechświat daje znaki trzeba tylko umieć je czytać, a to było zaproszenie i potwierdzenie, że droga którą właśnie obrałem jest słuszna. Planowanie podróży zacząłem na początku 2012 roku,żeby wyszło jak najtaniej musiałem znaleźć conajmniej 3 osoby chętne do podróży zemną żeby dzielić koszty noclegów, wypożyczenia samochodu i benzyny.

Najpierw szukałem wśród najbliższych znajomych, później wśród dalszych. Część była zainteresowana, ale nie na tyle żeby podjąć jakieś konkretne decyzje. Wtedy ja podjąłem decyzję że nic nie stanie mi na drodze do spełnienia mojego marzenia, i taka kłoda jak brak chętnych nadaje się tylko i wyłącznie do tego by ją przeskoczyć. Tak więc dałem ogłoszenie na internet na różne portale podróżnicze i fora. Ludzie sie odzywali, łącznie ze 20 osób , wkońcu udało mi się zebrać ekipę składającą się z 4 nieznających się facetów w różnym wieku z różnych części kraju. Wszyscy byli bardziej doświadczeni odemnie podróżniczo i starsi ale to ja byłem mózgiem przedsięwziecia:)

 

DZIEŃ I

07.03.2013

 

Nigdy nie sądziłem dokąd mnie ta droga zaprowadzi z Grodziska na Okęcie – samolotem na Hawaii.

Cała nasza czwórka miała spotkac się dopiero na miejscu, ja leciałem z Radkiem gdyż obaj kupiliśmy bilety w promocji KLM-u, Zbyszek zaś wyleciał przed nami Lufthansą i miał na nas czekać na lotnisku i nas powitać Wiele razy o tym przypominał:) Piotruś zaś miał dolecieć dzień po nas. 6:20 rozpoczelismy lot z Warszawy do Amsterdamu następnie nad skutą lodem Grenladią do Seattle gdzie mieliśmy chwilę czasu żeby poszwędać się i liznąć miasta – miasta które miało kiedyś drużynę koszykówki której bardzo kibicowałem w latach młodzieńczych – Seattle Super Sonics. „Payton do Shawna Kempa i akcja zakończona pięknym alley oopem ” obecnie Seattle zostało pozbawione drużyny występującej w NBA na rzecz Oklahomy której również kibicuję. A co do miasta? Spoczko, dużo dziwaków, freaków i bezdomnych na ulicach. Sporo grajków też tu widać wszak Seattle to kolebka muzyki grunge. Z tego właśnie miasta wywodzi się Nirvana, Pearl Jam, Alice in Chains, Soundgarden a także ikona muzyki Jimi Hendrix.

 

 

Najlepsze co widziałem ? Ulica taka na wzniesieniu , nagle pojawia się koleś na wózku inwalidzkim robi pare piruetów a następnie z całą prędkością zjeżdża w dół i przejeżdża na oślep przez skrzyżowanie deaaaam pomyślałem że to było niesamowite ale teraz tak myśle że może to była próba samobójcza  hmm zostańmy przy tym że było to deaaam niesamowite 🙂

Nazwa miasta pochodzi od zniekształcenia imienia Si’ahl, wodza okolicznych plemion Duwamish i Suquamish, zwanego częściej Chief Seattle (Wódz Seattle). Oficjalnie nazywane jest również „Szmaragdowym Miastem” (ang. Emerald City). Osada europejskich osadników powstała tu około 1851.

 

 

Lecimy dalej z Seattle do Honolulu, gdzie objawił sie mój brak doświadczenia. Radek zarezerwował sobie miejsca tak żeby było mu wygodnie, ja takie żeby być blisko Radka, a para Hawajczyków  mimo, że lecieli razem to zostawili jedno miejsce w środku wolne. Zapewne żeby mieć luz, a ja to miejsce widząc wolne sobie później zarezerwowałem. Samolot sam w sobie był ciasny a hawajczycy między którymi siedziałem jeśli nie są zawodnikami sumo to z  powodzeniem mogliby być. Grubasek po mojej lewej musial poprosić o dłuższy pas bo ten standardowy był dla niego za krótki.Także najbliższe 6 godzin nie wstałem nawet. Była gorąca atmosfera więc pić mi się zachciało, stewardessa nalała mi wody, a raczej nawrzucała kostek lodu i chyba miałem poczekać aż mi stopnieje i będę mógł sie napić. Przy kazdej próbie napicia się tylko kostki lodu obijały mi sie, musiałem troche poczekac, dobra wypiłem, wtem dopadło mnie zmeczenie i głowa zaczęła mi lecieć ale nie mogłem odstawić kubka z pozostałymi kostkami lodu, bo bałem sie że przez sen go zwalę, pozalewam się i narobie rabanu na cały samolot, także z opadajacą głową czekałem kolejne 30 minut aż stewardessa zabierze odemnie swój hojny dar w postaci kostek lodu. Podróż calościowo trwała 27 godzin ale w pewnym momencie dobiegła końca:)

 

 

Około 22 wylądowaliśmy na naszej pierwszej wyspie OAHU w Honolulu gdzie jednak Zbyszka witającego nas na lotnisku niezarejestrowaliśmy. Napisalem mu smsa, ale przypomniało mi się że na lotnisku mówił ze zmienił numer na ten wyjazd ale nie raczył mi podać go. Cwana bestia, jak sie okazało mojego też sobie nie przepisał, także szukaj wiatru w polu. Wzieliśmy furę z wypożyczalni Alamo na cały pobyt wychodziło 600zł na głowe i pojechaliśmy do naszego hostelu (Polinesian Hostel – 80zł za dobe) na Lemon Street znajdującej się zaraz przy Waikiki Beach. Wchodząc do pokoju przebudziliśmy Zbyszka, który leżał już tam w swym charakterystycznym szlafroczku. Aaa to o tym powitaniu tyle mówił, dobrze wiedzieć:) Poszliśmy się przejść jednakże do jedzenia niczego nie znalazłem na szczęscie cygany mi sie nie śniły.

Zostaw Komentarz