HISZPANIA część 4: Las Fallas czyli Walencja w ogniu

wpis w: HISZPANIA | 0

DZIEŃ 5
18.03.2017
Walencja jest oddalona od Barcelony około 4h jazdy autobusem. Jest to nasza kolejna destynacja a zarazem główny punkt wycieczki. Właśnie w tych dniach odbywa się tam wielkie święto powitania wiosny, święto ognia – Las Fallas.

 


Święto wywodzi się z średniowiecza, gdy to w okresie wiosennym pozbywano się starych mebli, paląc je. Z czasem meble zostały zastąpione przez gigantyczne figury z wosku przedstawiające postacie z bajek, aktorów, sportowców, celebrytów, polityków. Także właśnie te piękne Falle skończą strawione przez ogień. Tylko jeden element zostanie z każdej uratowany i stanie się eksponatem w Muzeum Las Fallas

 

 

Noclegi w mieście w tym okresie były po 100zł, mi udało się znaleźć za 50zł/os na airb’n’b mieszkanko w dzielnicy portowej. Nasza miejscówka trochę była oddalona od centrum, ale za to od razu przy plaży. Za naszym budynkiem znajdowała się główna Falla w tej części miasta.

 

 

Nie wiedzieliśmy jak odbywa się to święto, czy będzie miał miejsce wielki pochód i wielkie palenie na głównym placu, czy mamy się spodziewać zupełnie czegoś innego. No i faktycznie takich platform z figurami w całym mieście jest 350. Każda dzielnica, a często nawet ulica posiada swoją. Mieszkańcy danej społeczności robią zrzutkę i przez rok obmyślają co wystawią w następnym roku.

 

 

W Walencji miewaliśmy problemy, żeby zjeść coś. Pierwszego dnia byliśmy pochłonięci zwiedzaniem. W centrum miasta napotkaliśmy tłum ludzi więc zdecydowaliśmy, że u nas będzie spokojniej i taniej.

 

 

Mieliśmy upatrzoną jedną knajpkę, ale gdy się tam zjawiliśmy, mieli już full ludzi. Pochodziliśmy trochę po okolicy, ale wszędzie było pełno, albo już zamykali kuchnię, albo kelner przez 15 minut nawet nie przyniósł menu. Mimo, że takie wielkie święto obchodzą co roku nie chce im się nawet przygotować dwóch karteczek menu po angielsku. Gdy w naszej wymarzonej restauracji pozwolono nam usiąść przy barze, by zjeść, też nie było mowy w ogóle o żadnym menu. Kelner wychodził z nami na dwór, żeby pokazać na zdjęciu co ma. A gdy poszedł pogadać z kucharzem wrócił mówiąc, że jednak paelli nie ma. Zaproponował homara. Nic innego nie zaproponował tylko najdroższego z karty homara. Podziękowaliśmy i kolację zjedliśmy w Burger Kingu.

 

 

DZIEŃ 6
19.03.2017
Dziś mecz Barcelona vs Walencja. Tyle że w Barcelonie, co załamało Adasia:) Na otarcie łez poszedł sam na mecz drugoligowego Levante z kimś. Myśli sobie „ Aaa to chociaż goli nawpada dużo”. Wynik 0:0 utrzymywał się przez całe spotkanie, a gola Levante zdobyło dopiero pod koniec z karnego. My w tym czasie zaczęliśmy zwiedzanie Walencji od plaży. O tej porze roku szału nie robi. Czy robi go o kiedy indziej tego nie wiem. Plaża de la Malvarrosa rozciąga się na długości 1 kilometra, a jej szerokość wynosi ponad 130 metrów, co czyni ją jedną z największych plaż w regionie. Tuż obok znajduje się promenada z licznymi barami, klubami oraz restauracjami. Plaża, jak i nasz dom znajdują się w historycznej dzielnicy rybackiej El Cabanyal. Dziś spotkać tu można głównie cyganów. Domy tutaj często są pokryte tysiącami wielobarwnych kafelków. To wyróżnia tutejszą architekturę.

 


Idąc w kierunku portu coraz bardziej podoba nam się to, co widzimy. Port w Wenecji jest jednym z liderów pod względem transportu morskiego na całym Morzu Śródziemnym. Ze względu na bardzo zróżnicowany charakter portu, możemy tu zobaczyć zarówno małe łodzie rybackie, poprzez jachty i motorówki, aż po ogromne kontenerowce i promy turystyczne

 


„Jeśli zostaniesz sam w Walencji, już po 20 minutach będziesz chciał popełnić samobójstwo” – tak 40 lat temu pisał Kenneth Tynan, brytyjski krytyk teatralny, cytując opinię pewnego Amerykanina. Jednak od czasu, kiedy Walencję nazywano „światową stolicą antyturystyki”, to trzecie co do wielkości miasto Hiszpanii bardzo się zmieniło.

 


Najlepszym przykładem tej zmiany jest Miasteczko Sztuki i Nauki. Totalny Sztosik!! Miejscowi nazywają to miejsce dzielnicą przyszłości.
Na całość kompleksu składają się: planetarium, opera, sale koncertowe, kino IMAX, największe w Europie Oceanarium i delfinarium, restauracje i muzea.

 


Ten wspaniały kompleks znajduje się w korycie dawnej rzeki – Turii tak jak ogrody oraz Park Guliwera. Również świetna rzecz. Plac zabaw dla dzieci zrobiony został na kształt powalonego przez liliputy Guliwera. Obok leży jego kapelusz, szpada a biegające wkoło dzieci to odpowiednik baśniowych liliputów:)

 

 

W głównej Katedrze Walencji – Le Seu znajduje się kaplica Świętego Kielicha. Długowieczna tradycja chrześcijańska głosi, że z największym prawdopodobieństwem to właśnie ten kielich był używany przez Jezusa podczas Ostatniej Wieczerzy. Znajomi, którym pokazywałem zdjęcia szybko stwierdzili, że to nie może być ten kielich, bo jest za ładny, bo ze złota. Wystarczy doczytać sobie jedno zdanie w necie. Kielich ten to wykonana z agatu czarka, jakich używało się w tamtych czasach. Udekorowana została w późniejszym okresie złotymi uchwytami i zdobieniami. Badania naukowe potwierdziły, że istnieje duże prawdopodobieństwo zrobienia jej w I wieku w regionie znajdującym się obecnie na terytorium Izraela ( czyli w czasach i miejscu, w którym żył Jezus). Z jakiegoś powodu właśnie ten kielich z wielką troską św. Wawrzyniec sprowadził do Hiszpanii w III wieku. Do 1399 roku był on strzeżony przez mnichów w różnych klasztorach Aragonii, następnie znalazł się w Saragossie, by finalnie trafić do Walencji w 1436 roku. Każdy ma oczywiście prawo do swojej oceny czy jest to ten kielich. Ja jako fan legend arturiańskich od małego znalazłem swój Święty Graal:)

 

 

 

 

Po całym dniu zwiedzania Walencji Kasia i Adam stwierdzają, że nie wracają do centrum miasta na główną ceremonię Las Fallas. Szanuję, ale to nie po mojemu. Jadziem tam choćbyśmy padli. Justynka dzielnie mi towarzyszy, mimo że jakby to zsumować to dziś na nogach jesteśmy jakieś 13 godzin.

 

 

Nie wiedząc jak dokładnie się odbywa Las Fallas pojechaliśmy trochę za wcześniej. Niepotrzebnie u nas na dzielni zjedliśmy niesmaczną palleę. Zimna, stare mięso i sangria bez owoców. Kelnerka przyszła zapytać, czy smakuje, ale nie umiałem jej oszukać. Pokiwałem jej, że nie bo i tak by nie zrozumiała co do niej mówię. Była to jedna z dwóch najstarszych restauracji w mieście.

 


W każdym razie byliśmy w centrum na 23, żeby zająć dobre miejsce przy jakieś Falli, która ma spłonąć. O tej godzinie płonęły dopiero te małe rzeźby dziecięce. Mało co z tego było widać. Następnie trzeba było zająć miejsce przy wybranej dużej Falli. Ludzi pełno więc te, które mieliśmy upatrzone były już oblegane. Jest ich naprawdę dużo więc wybraliśmy taką gdzie mogliśmy zająć jeszcze w miarę dobre miejsce do oglądania. Po 24 nasza afrykańska falla spłonęła.

 

 

Bardzo nam się podobało, ale została jeszcze jedna najważniejsza Falla na głównym placu. Tak naprawdę wcześniej jej nie zauważyliśmy, bo odbiega wyglądem od wszystkich innych Falli. Była to po prostu ogromna rakieta równająca się wysokością z wieżą ratuszową. Finałowy spektakl zaczął się o 1 w nocy pokazem fajerwerków. Na początku Justynka rzuciła, że lepsze widziała u Owsiaka, ale szybko zmieniliśmy zdanie. To był najładniejszy pokaz fajerwerków jaki w życiu widziałem. No i na koniec palenie wielkiej rakiety. Super!!

 

Nie wiedzieliśmy jak o tej godzinie wrócić do nas na dzielnię, ale po chwili zagubienia okazało sie, że metro nadal kursuje, więc wszystko przebiegło bardzo sprawnie.

Wiosna po hiszpańsku została przywitana:)

 

 

Zostaw Komentarz