SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 02: Singapur – miasto w ogrodzie

DZIEŃ II

09.09.2017
Singapur to nie miasto ogród. Aspiruje on wręcz do miana miasta w ogrodzie. Singapurczycy przywiązują bardzo dużą uwagę do zieleni. Każdy skrawek jest wykorzystywany, by wpleść jakieś roślinki. Nawet w centrum biznesowym pośród wysokich biurowców widać, że dachy, tarasy, lub całe ściany mienią się na zielono. Zapomnijcie o komunikacji miejskiej. Bardzo przyjemnie się tu spaceruje aż grzechem byłoby korzystać z taksówek.

 

 

Poranny przemarsz zaczynamy od chińskiej świątyni Yueh Hai Ching. Ta taoistyczna świątynia mieści się w centrum dzielnicy biznesowej. Jej nazwę tłumaczy się jako
„Świątynię spokojnego morza kantońskiego”. Była pierwszym postojem chińskich imigrantów na początku XIX wieku.

 


Punkt drugi naszego zwiedzania to Merlion Park gdzie znajduje się słynna fontanna pół ryby pół lwa, czyli właśnie merlion’a. Singapur z malajskiego dokładnie oznacza miasto lwa: „Singa” – lew , „Pura” – miasto. W herbie również znajduje się lew do spółki z tygrysem, a pod spodem widnieje hasło „Malujah Singapura” – „Naprzód Singapurze”🙂

 

 

Kolejne kroki zaprowadziły nas na Boat Quay – przystań, ale tym razem od innej strony.  To najdroższa część miasta, z dużą ilością restauracyjek i barów wieczorami  tętniących życiem. Niegdyś na miejscu obecnego deptaka znajdowały się targowiska. Pierwsze sklepy powstawały na zakręcie brzegu rzeki od strony południowej. Miejsce to nazywane było przez chińskich kupców brzuchem karpia jako symbolu dobrobytu.

 

 

Zaszliśmy już do chińskiej dzielnicy. Tu mamy do zobaczenia trzy świątynie w bardzo bliskiej od siebie odległości. Thian Hock Temple, jest najstarszą chińską  świątynią  w Singapurze. Wybudowana przez marynarzy hokkijskich w 1839 r. na miejscu, gdzie wcześniej mieściło się skromne pomieszczenie dla jednego z chińskich bóstw. Z czasem Thian Hock Keng stało się najważniejszym ośrodkiem społeczności chińskiej w Singapurze. Bezpośrednio po przybyciu na wyspę przybysze udawali się do świątyni, aby podziękować za szczęśliwą podróż.

 


Tuż nieopodal znajduje się buddyjska Świątynia Zęba Buddy. Poświęcona „Buddzie Współczującemu”. Ta być może najważniejsza buddyjska świątynia została otwarta w 2007 roku. Trzeba przyznać, że robi wrażenie.

 

 

Wewnątrz znajduje się również muzeum z bardzo ciekawymi eksponatami a święta relikwia-słynny ząb buddy ulokowany jest na 4 piętrze.

 

 

Ząb wygląda dosyć podejrzanie, gdyż jest dość duży jak na ludzki ząb. Sceptycy podejrzewają, że to bawoli ząb. Mnisi jednak nie dopuszczają naukowców by Ci zbadali DNA. Nie jest im to do niczego potrzebne, gdyż mają swoją wiarę. Gdyby nawet okazało się że to bawoli ząb, to ów bawół zapewne był kolejną reinkarnacją buddy:)

 

 

 

 

Na deser zostawiliśmy sobie hinduistyczną Świątynię Mariamman. To najstarsza hinduska świątynia znajdująca się w Singapurze zbudowana w 1827 roku.
Poświęcono ją bogini Mariamman, bogini matce, chroniącej ludzi przed nieszczęściami i chorobami. Świątynia charakteryzuje się niesamowitym zdobieniem dachu.Szok…Co tam się wyprawia…:)

 

 

Jest pewna rzecz, o której nie wspominałem wcześniej, bo nie miało to wtedy znaczenia. Nasz hostel mieści sie na dzielnicy Little India. W zasadzie na jej skraju więc do tej pory wychodząc z hostelu od razu kierowaliśmy się do centrum i nie zauważaliśmy specyfiki tego miejsca. Teraz natomiast wracając tam musimy przejść od drugiej strony przez całą hinduską dzielnicę i to już po zmroku. Jest bardzo tłoczno, na ulicach próżno szukać białych ludzi, dookoła sami hindusi – sami mężczyźni. Dla mojej dziewczyny to zbyt wiele, zwłaszcza że nosimy przy sobie jeszcze całą gotówkę. Jej wyobraźnia bierze górę nad faktem, że jest to najbezpieczniejsze miasto świata i zaczyna mi wpadać w panikę. Ja na to „Happy Diwaaaaali” Kochanie:D Już wiemy, że do Indii jak coś polecę sam:) Oczywiście nic się tam nie wydarzyło, ale wyobraźnia zrobiła swoje.

 

 

Zaklepaliśmy sobie bilety na nocny przejazd autobusem do Kuala Lumpur. Tak nam doradzono, że to dużo lepszy środek lokomocji niż pociąg. Przystanek jest gdzieś przy jednym z lepszych hoteli w Little India. No właśnie…gdzieś. Jedni mówią, że z frontu hotelu, inni, że z boku, jeszcze inni, że gdzieś po drugiej stronie. Kluczymy w tę i nazad. Z boku hotelu znowu pełno hindusów przeliczających w kółko hajs. W końcu pokierowano nas, żebyśmy w podziemiach hotelu udali się do biura naszego przewoźnika żeby się zacheckinować. Pracujący tam Pan od razu wiedział, że to przyszli Mr. Jacob & Ms.Justine. Kazał nam spokojnie poczekać tam, a potem zamknął biuro i zaprowadził nas do konkretnego autobusu. Ależ to było wygodne. Nigdy nie widziałem tak rozkładających się siedzeń. Luzu mieliśmy aż za dużo:)

 

 

Singapur jest kozacki. Dla nas na dwa dni, ale jak ktoś ma ochotę chillować na wyspie Sentosa, odwiedzić oceanarium lub pobawić się w Universal Studios to myślę, że 5 dni mu wystarczy.

Zostaw Komentarz