SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 06: Penang czyli w krainie jedzenia i street artu

DZIEŃ VI

14 wrzesień
Z Cameron Highlands jedziemy dalej autokarem (35rm) do miasta zwanego Penang. Penang jest uznawany za mekkę jedzenia. Cała Malezja słynie z pysznego jedzenia, ale będąc w innej części kraju i chwaląc się miejscowym, że jedziesz do Penangu będą Ci zazdrościć na maxa:)
Najtańszy sposób dostania się tam to nie bezpośrednie dojechanie autokarem, lecz sposób, jaki my wybraliśmy. Nie przekraczamy mostu, tylko jedziemy do Butterworth ferry i dopiero tam przekraczamy drogą wodną za 2rm prosto do George Town. Autobus w sobie dowolnej kolejności podjeżdża na te dwa przystanki. Prosto z wyspy trzeba by brać pewnie taxę za 20rm lub busa, który by jechał z pół godziny. Nasza opcja jest lepsza. Szwendamy się po mieście i szamiemy różne rzeczy. Odwiedzamy świątynię Khoo Kongsi

 


Penang to miasto słynące również ze street artu. Na każdym kroku widnieje jakiś mural. Taki najsłynniejszy z dzieciakami jadącymi rowerem znajduje się w pobliżu tej świątyni na ulicy, nad którą wisi mnóstwo świecących ozdób.

 


Trafiliśmy do głównego centrum handlowego, w którym nie ma praktycznie ludzi, za to jest bardzo dużo dziwacznie zagospodarowanej przestrzeni. Jesteśmy tam na tyle rarytasem ze sprzedawca robi nam zdjęcia, żeby pokazać szefowi, że jednak ktoś przychodzi i żeby nie zwijał interesu.

 

 

Po wyjściu wchodzimy do namiotu gdzie jest ustawiony chiński ołtarz z jakimś demonem/bogiem świecącym w ultrafiolecie. Wszyscy stoją w kolejce do darmowego żarcia ale jest napisane, że to tylko dla lokalnej społeczności. Mimo to zostajemy zaproszeni na tę ucztę. Kładą nam wszystkiego po trochu i to od serca. Częstują nas również piwem, które w Malezji jest stosunkowo drogie. Donoszą nam te piwka co chwilę, mimo że mówimy, że już starczy, że nam się nie mieści. Ich gościnność jest niesamowita. Okazało się, że ta uczta związana jest z chińskim świętem zmarłych. Świętują przez cały miesiąc, spotykając się przy pełniach księżyca. Każdy obszar w mieście ma swój oddzielny namiot, także spotykają się tam sąsiedzi z najbliższych kilku ulic.

 

 

Wracając do domu zahaczamy o różne food courty i trafiamy na bardzo ładną uliczkę Shanghaj. Są tu różne puby i restauracyjki. Zasiadamy w TAD – Tipsy All Day gdzie zamawiamy drinka, który ma w sobie kilka alkoholi a podany jest w dużej szklance, do której wsadzony jest do góry nogami browar w trakcie picia drinka wlewa się do szklanki browar uzupełniając ją.

 

 

DZIEŃ VII

15 wrzesień
Nastąpiło załamanie pogody. Pada od rana, więc śpimy chyba do 14.
Okazuje się, że zaczęła się tu pora deszczowa. Na Langkawi ponoć wszystko zamknięte i działa tylko jeden bar.Nie ma ponoć nawet transportu miejskiego. Zobaczymy. Mamy wykupiony lot i noclegi dobrze, że nie na tydzień tylko na niecałe dwa dni.

 

 

Szwendać się po Penangu w deszczu to co innego niż szwendać się w deszczu w Polsce, gdy piździ jesienią. Tutaj jest to jak najbardziej do zniesienia. Mamy parasolki wiec luz. A to coś zjemy, a to pójdziemy na masaż (68rm).

 

 

Na Chulia street znaleźliśmy bardzo pyszne jedzenie na skrzyżowaniu z Love Lane u Pani Sheryl. Sheryl economy rice – jesz ile masz ochotę, sam sobie nakładasz a ona ci liczy od ilości potraw, które nałożysz. Raz wyszło mi 6, a raz 9.

 

 

Idziemy na przystań by w deszczu zwiedzić Chew Clan Jetty. Chińska wioska zbudowana na wodzie wpisana na listę UNESCO. W dawnych czasach mieszkał tu konkretny chiński klan.Takich wiosek było wiele w okolicy Penang, żyły głównie z rybołóstwa. Domy są drewniane i długie, wznoszą się na palach. Wszystkie domy są wciąż zamieszkane.

 

 

Wieczorem trafiliśmy na Red Garden. To miejsce bardzo polecane można tu zjeść co tylko się zapragnie. Tylko nie laksę. Legendarną laksę można zjeść wszędzie, ale dziś nie możemy jej nigdzie znaleźć. Budki z szyldem laksa są pozamykane. Czemu? Może dlatego, że padało i rybacy nie wypłynęli po krewetki, może cały nakład zupy zszedł w ciągu dnia. Nie wiem. Zamówiłem jakąś podobną zupę. No i naprawdę robiła robotę. To cudeńsko kosztowało 20rm, ale warto było. Zamówiłem do tego ostrygi po 5rm podane z czosnkowym sosikiem grillowane i praktycznie nijakie. Justyna zamówiła sajgonkę chciała jedną tak, żeby spróbować, to ten jej 10 przyniósł i wmawia, że chciała jedna porcje. No nie stary . Ja bym pewnie wymiękł, ale ta dziewczyna twardo mówi, że chciała tylko jedna. Gość musiał skapitulować:)

 

 

Podsumowując wizytę w Penangu stwierdzam, że jest to oczywiście miasto godne odwiedzenia. Jest dużo jedzenia, jest dobre, ale czy aż takie wybitne?? Nie przesadzałbym. Moja druga połówka to już w ogóle jest daleka od głoszenia pochwał na temat jedzenia w tym mieście. Jej wybory były całkowicie nietrafione. Momentami było to zastanawiające czemu w jakimś daniu z owocami morza, nagle jest mniej krewetek niż u Chinola w Warszawie.

Zostaw Komentarz