SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 08: Borobudur & Prambanan

DZIEŃ IX

18 wrzesień
Po śniadanku na dachu, wylatujemy z Langkawi. Teraz dopiero można zamykać ten kurort:)

 

 

Lecimy do Kuala Lumpur gdzie mamy przesiadkę do Yogyakarty. Jest burza i walą pioruny wiec lot nam się trochę opóźnia. Air Asia to najlepsza low costowa linia lotnicza na świecie. Przed startem na pokładzie puszczona jest muzyka dla relaksu. Tym razem leci kawałek „Thunder” , zespołu Imagine Dragons, którego refren jest następujący:

” Thunder, thunder
Thunder, thun’, thunder
Thun-thun-thunder, thunder, thunder
Thunder, thun’, thunder
Thun-thun-thunder, thunder”

Mamy też opóźnienie przy lądowaniu, jest korek na lotnisku, przez co musimy krążyć nad lotniskiem pół godziny.
Malezyjska przygoda się zakończyła. Rozpoczynamy kolejną – Indonezyjską, na wyspie Jawa.
Wiedząc, że Dżakarta to syf, kiła i mogiła nie miałem dużych oczekiwań wobec Dżogdży. Zaskoczyłem się pozytywnie. Nasz nocleg był bardzo ładny, czyściutki. Dostaliśmy poczęstunek na powitanie oraz małe śniadanka każdego dnia mimo, że nie było ich w ofercie. Nie skasowano nas dodatkowymi opłatami również mimo, że te były wyszczególnione. Przed pokojem mieliśmy tarasik i małe patio gdzie sobie chillowaliśmy. Powietrze w Indonezji jest dużo przyjemniejsze niż w Malezji. Tu da się oddychać, podczas gdy tam powietrze po prostu stoi. Nie ma tu nic nadzwyczajnego do zwiedzania dlatego idziemy na główną ulicę Marlioboro, która jest jednym wielkim straganem. I tu pierwsza różnica.W Malezji ubrania na straganach były piękne, tu jest szajs ewidentnie.

 

 

Druga różnica to jedzenie. W Malezji było pysznie i różnorodnie. Tutaj na głównym deptaku mamy głównie stoiska z ryżem. Makaronu próżno tu szukać. Street food tutaj wygląda też inaczej. Zdejmuje się buty i zasiada na karimacie przy niskim podłużnym stole. Jedzenie jest niespecjalne, kurczak ma mało mięsa mimo to niedojadamy wszystkiego bo nam po prostu nie smakuje. Drugiego wieczoru myślałem o grzechu w Pizzy Hut, ale na szczęście w ciemnej bocznej uliczce znaleźliśmy makaron. Gdzieś na uboczu tez można uświadczyć pysznych sajgonek i innych przekąsek, których na głównej ulicy brakuje. To, co było na Marlioboro mnie po prostu odrzucało. Idąc do centrum minęliśmy jedną ciekawą ulicę, na której znajdowało się z 15 sklepów z pucharami,rożnistymi nagrodami i medalami. Jeden koło drugiego i żadnych innych pomiędzy. Otwarte do późnych godzin jak gdyby interes się kręcił. Jednakże właściciele spali tam na kanapach, jedli a klientów żadnych widać nie było tylko kurz, który pokrywał wystawy. Było to szokujące, ale przypomniało mi się jakimi oni są kotami:) Czytałem kiedyś ze Indonezyjczycy gdy zobaczą, że komuś udał się interes, otwierają taki sam w tym samym miejscu. Nie zważając na konkurencyjność rynku ani prawa popytu i podaży. Uderz w puchara:)

 

 

DZIEŃ X

19 wrzesień
Nasz juby z noclegu załatwił nam wycieczkę do świątyń dla których tu przylecieliśmy, czyli Borobudur i Prambanan. Wstaliśmy przed 4 rano, by zdarzyć na wschód słońca ze wzgórza z widokiem na świątynię.

 

 

Oj warto było tak rano wstać. Cudowny widok.

 

 

W Borobudur byliśmy dość wcześnie jeszcze wycieczki szkolne się nie zjechały, dzięki czemu mieliśmy swobodę. W cenie 170rupi mieliśmy już śniadanie. Za wejście do świątyń płaciło się oddzielnie. Biorąc komplet, bilety wstępu wynosiły 40$ a nie 50$.

 

 

Borobudur jest największą buddyjską świątynią na świecie. Została wybudowana na przełomie VIII i IX wieku ale jakiś czas później w niejasnych okolicznościach została porzucona na pastwę dżungli i zapomniana. Jej nazwa oznacza „Światynia – wzgórze”. Żadne źródła pisane nie podają daty ani celu powstania budowli, nie mówią też nic o jej zleceniodawcy

Budowla nie posiada pomieszczeń wewnętrznych, przeznaczona jest do rytualnej pielgrzymki, na trasie której rozmieszczone są płaskorzeźby przedstawiające sceny z życia  Buddy o łącznej długości około 6 km.

Dla świata budowlę odkrył w 1814 roku jeden z oficerów brytyjskich, późniejszy założyciel Singapuru Thomas Stamford Raffles. Takie odkrycie to musi być sztos. Idziesz sobie spacerkiem przez dżunglę i nagle potykasz się o pradawną świątynię:)

 


Przejazd do Pramban trwał godzinkę. Fajne było to, że ta hinduistyczna świątynia wyglądała już zupełnie inaczej. Ogólnie cała infrastruktura dookoła obydwu świątyń bardzo mnie zaskoczyła. Angkor Wat na przykład ma zerową w porównaniu do tego, co tu widziałem. Budynki do zakupu biletów, wiele dobrze wyposażonych toalet, trawka przystrzyżona, podlana zraszaczami, wszystko pięknie oznakowane, wypożyczalnie rowerów, restauracje, a nawet strzelnica dla łuczników. Wszystkiego tego nie powstydziliby się nawet Amerykanie. Wszystko to dla nas niepotrzebne. W takim Angkorze jest naturalniej bardziej dziko. Nieważne. Świątynie z IX wieku robią robotę.

 

 

Prambanan jest największym na świecie kompleksem świątyń hinduistycznych poza granicami Indii. Został wybudowany dla upamiętnienia zwycięskiej wojny. Zespół świątyń był poświęconyTrimurti, hinduistycznej trójcy bogów: stwórcy Brahmie, opiekunowi Wisznu i niszczycielowi Śiwie.

 

 

 

Faktycznie tak jak pisano na necie wielu Indonezyjczyków podchodzi do białych, by zrobić sobie z nimi zdjęcie. Jest to dla nas bardzo miłe przez chwile czujemy się jak celebryci. Okazuje się, że chyba wszyscy biali na terenie świątyni mieli swoich fanów którym pozowali do zdjęć. Tak było, ale nasze indonezyjskie małżeństwo podbiegło do nas jeszcze przy wyjściu, by pokazać nam że wydrukowali sobie z nami zdjęcie;) Tego to już chyba nie każdy doświadczył:)

 


Idąc do centrum Dżogdży, by wymienić pieniądze napotykamy/spotyka nas miły gość, który zagaduje bardzo serdecznie. Dopytuje skąd jesteśmy, mówi, że mam fajny tatuaż i że jeśli lubimy sztukę to mamy wielkie szczęście bo dziś właśnie odbywał się konkurs dla dzieci ze szkoły i teraz możemy za darmo obejrzeć te prace. No pewnie, że chętnie to zobaczymy. Prowadzi nas na druga stronę do budynku gdzie przy schodach wisi plakat mówiący o tym, że tu znajduje się galeria sztuki. Na górze już czeka właściciel tej galerii, profesor pod którego okiem były malowane te prace. Nasz znajomy nas tam zostawia i znika. Zamiast tego pojawia się uprzejma Pani, która nas częstuje herbatą. Profesor opowiada o swoich zbiorach i o technice jaką są wykonane obrazy.

 

 

Okazuje się, że obrazy można nawet kupić. Cena jest wysoka. Takie, które nam się podobają kosztują 200$. Dużo jest fajnych. Co ciekawe każdy ma swój odpowiednik w mniejszym rozmiarze, za nieco niższą kwotę. Każdy odpowiednik ma nieco inne ułożenie postaci i innych elementów, ale ogólnie są do siebie zbliżone. Obraz który wygrał o dziwo też ma swoje odpowiedniki. Niestety dla Per Profesora nie jesteśmy w stanie wyłożyć takiej kasy na tym etapie podróży. To nic nie szkodzi możemy zaproponować swoją kwotę i wtedy zobaczymy. Mówimy, że musimy to przedyskutować jeszcze i najwyżej później wrócimy. Ahhh jest 15:45 niestety zamykają o 16. No nic, być może wrócimy jutro. Ahh ponownie słowa profesora są jak zderzenie z twardą podłogą. Jutro niestety już wylatują z tymi zbiorami na Sumatrę, byli już na Bali, a teraz to ostatni dzień ostatnie piętnaście minut, ostatnia szansa dla nas:)
Podczas kolejnej wieczornej przechadzki po Marlioboro podszedł do mnie bardzo miły lokales, był ciekaw skąd jestem, mówił że mam fajny tatuaż, dodał że prowadzi galerie sztuki i może zechciałbym zobaczyć. Podziękowałem na co spytał „Co Nie lubisz sztuki”? . Na te słowa szepnąłem mu – I was in your gallery today… Czmychnął w podskokach:)

Zostaw Komentarz