SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 09: Kawah Ljen – Idąc po niebieski płomień

DZIEŃ XI

20 wrzesień
Ciężka przeprawa nas czeka. O 7 rano wyjeżdżamy z Dżodży do Banyuwangi. Przejazd pociągiem kosztuje jedynie 25zl, ale trwa 14 godzin. Z tego, co kojarzę to lotniska tam nie ma. To ostatni punkt na wschodnim krańcu Jawy. Po wejściu na wulkan, będziemy stamtad już przepływać na Bali. Żeby pojechać tym pociągiem o 7 trzeba być już godzinę wcześniej i odbyć odprawę jak na lotnisku. Z rana wpadłem w popłoch, bo nie mogłem znaleźć naszych biletów, przeszukałem nawet śmietnik dwa razy. Bilety znalazłem za trzecim razem grzebiąc w śmieciach. Nudziło mi się, gdy Justynka spała poprzedniego wieczoru to porządki sobie robiłem:) Przy opłacaniu noclegu wspomniałem że będziemy dziś tak rano wyjeżdżać. Tak tylko wspomniałem, ale faktycznie przed 6 nasza gospodyni zawitała do nas ze śniadankiem:) Pierwsze dwie godziny mijają okej. Leżymy sobie na siedzeniach, następnie dosiadają się do nas kolejne osoby. Przyjemna para siada naprzeciwko i tak sobie jedziemy. Z czasem jedziemy już w 6 osób w naszym przedziale i jest coraz mniej wygodnie. Po 10 godzinach to indonezyjskie dziewczę postanawia posłuchać muzyki z tym, że nie posiada słuchawek wiec gra sobie muzykę z telefonu dla siebie, dla nas, dla całego wagonu. Mamy wiec przekrój jakiś przyjebanych muslimowych hitów, trochę wixy, 3 razy despasito w różnych odsłonach i raz ichniejsza wersja kanikuł. Zastrzelcie mnie.

 

O dziwo na stacji w Banyuangi taksiarze nie rzucili się na nas. Być może byli zszokowani, że ktoś wysiadł na tej stacji. Stacja Krangasen znajduje się dwie stacje przed główną stacją gdzie następuje transfer morski na Bali. Zapewne większość turystów tam się kieruje, dlatego jesteśmy w tej części miasta całkiem sporą sensacją. Wszyscy się z nami ciepło witają i robią zdjęcia. Mija nas z 50 skuterów głównie prowadzonych przez chłopców, którzy śpiewają jakąś piosenkę. Machają do nas, wiwatują a jeden z nich trzymający w rękach flagę Anglii krzyczy West Ham!!! Podejrzewam, że śpiewali po swojemu hymn West Hamu – Forever blowing bubbles. Sprawdziłem faktycznie grał wczoraj West Ham w pucharze Anglii i wygrał z Bolton 3:0. Ponadto w sierpniu jeden Indonezyjczyk był na testach w West Ham. No i internety mówią, że w Indonezji działa fan club West Hamu.

 

DZIEŃ XII

21 wrzesień
Muslimy codziennie serwują nam pobudkę o 4 nad ranem. Nawet nie wiemy gdzie jest meczet. Modły na cały zycher lecą z megafonów. Jest 4 rano, przed naszym pokojem ktoś już zamiata chodnik. Szur szur szur. I tak wkółko…szur szur szur to idą umarli szur szur szur:)

 

 

Jako że wczoraj spędziliśmy 14 godzin w pociągu, to dziś nie robimy absolutnie nic. Nic do roboty tez tu nie ma. Czekamy po prostu i zbieramy siły przed wejściem na wulkan o 2 w nocy mamy pobudkę.

 

 

DZIEŃ XIII

22 wrzesień
Jednak pobudka jest zaplanowana na 00:30. Co my tam kimnęliśmy? 2 godziny? Podjechał po nas jeep z dwoma innymi dziewczynami. Podróż do wulkanu Kawah ljen (2799 m.n.p.m.) trwa 2 godziny. Podejście pod górę do krateru kolejne 2. Popatrzyłem po ludziach. Wszyscy ubrani w kurtki, czapki zimowe, rękawiczki. Kochani, idąc pod górę upocicie się bankowo w takich ciuchach. Z całej tej chmary ludzisk tylko ja i jeszcze jeden kolo mamy krótkie spodenki. Podejście pod wulkan jest trochę męczące, ale dajemy radę wzorowo. Po dojściu do krateru okazuje się, że trzeba zejść jeszcze na dół w jego głąb, by zobaczyć Blue Flames – czyli niebieskie płomienie palacej się siarki.

 

 

Droga w dół po skałach nie jest już taka prosta. Łatwo się osunąć i sturlać gdzieś w ciemność. Takie schodzenie trwa kolejne 30 minut. Justynka już teraz się zastanawia jak ona stąd wyjdzie. Pokonać tę drogę i zobaczyć niebieski płomień z bliska to wspaniałe uczucie. Wokół Nas cały czas krzątają się robotnicy wydobywający siarkę. Codziennie wstają w nocy by tu przyjść wydłubać około 80kg siarki i zarzucić sobie ją w koszach na plecy. Za tak cieżką pracę w tych niesprzyjających warunkach dostają ok.8$. 8$ za jeden kurs więc kombinują, by wykonać ich dwa a może nawet trzy dziennie. Dziewczyny które z nami były oczywiście się nie przygotowały. Spytały przewodnika „co to takie żółte? można to jeść??”:)

 

 

Mamy na sobie maski, bo na dole co chwilę bucha na nas dym siarki. Nieprzyjemna rzecz. Justyna ma niedociśniętą maskę więc ta siarka dostaje się jej do środka i zaczyna się przyduszać, przez co wpada w panikę i zaczyna gwałtownie wychodzić po tych skałach do góry. Proszę żeby zwolniła, ale prze do przodu nie czekając zbytnio na mnie. Po wyjściu nasz przewodnik oznajmia, że czekamy jeszcze na wschód słońca i schodzimy.

 

 

Wtedy dopiero przekląłem swoje krótkie spodenki. Było zimno okrutnie i wiało na maxa. Droga w dół to kolejne półtorej godziny, ale w perspektywie masz już metę więc też się spoko idzie. Czasami można się poślizgnąć i przejechać na tyłku trochę na tym piachu. Gdyby ktoś się zmęczył to chłopaki od siarki podwiozą za opłatą.

 

 

W drodze powrotnej nasz przewodnik zabiera nas jeszcze na plantację kawy oraz wodospad. Gdy dojeżdżamy na kwaterę o 9 rano czeka już na nas śniadanko. Nie ma mowy o spaniu. Pakujemy się i jedziemy na przystań gdzie wsiadamy do autobusu, którym wjedziemy na prom na Bali.

 

 

Na promie wszyscy wysiadamy i rozchodzimy się po pokładzie, można chillować, spać, jeść. Co kto chce. Wyobraźcie sobie, że jakiś kolo siedział sobie 2 godziny na pokładzie na świeżym powietrzu i teraz gdy już wszyscy z powrotem weszli do autobusu ,po 2 minutach zapala papierosa w środku. To jet kurestwo moi drodzy. Idę do kierownika. Pytam uprzejmie „przepraszam czy mogę sobie zapalić w środku papieroska??” „ Tak tak oczywiście nie ma problemu” . Okey, czyli jest na to przyzwolenie w tym kraju, nie mam komu się żalić, bo u nich to normalne. Dlatego właśnie to jest trzeci świat.

Na Bali czekała nas jeszcze 4-godzinna podróż autobusem do Kuty a stamtąd przejazd taxi do Ubud. Dzięki temu, że cały czas obserwowałem na mojej mapie jak się przemieszczamy na jednym z postoi stwierdziliśmy, że stąd bedzie nam bliżej jechać już do Ubud, zamiast tracić czas i wykonywać taką pętlę. Poinformowaliśmy o tym innych pasażerów w skutek czego 3/4 autokaru wysiadło z nami i zaczęło negocjować ceny z taksiarzami.

Na kwaterze w Ubud znaleźliśmy się około 17Gunung Merta Bungalows określić kwaterą to mało powiedziane, mała świątynka wręcz. Większość noclegów na Bali tak wygląda. U nas na wejściu mijało się posąg Ganeshy i wchodziło do pięknego ogrodu. Tu strumyczek, tu oczko wodne, altanka na środku. Dom właścicieli z wielkim tarasem po lewej. Wszędzie porozsypywane płatki kwiatów i unoszący się zapach kadzideł. Kolejna altanka, w której będziemy jadać śniadania a zaraz obok basen. To nie żaden resort. Są tu 3 domki w każdym po dwie pary. Więc tłumów nie ma. Nasz pokoik też wygląda fajnie, mamy swój tarasik, łazienkę. Naszym opiekunem zostaje Wayan, z którym umawiamy się, że będzie nas obwoził po wyspie. Po tym, co widziałem stwierdzam, że był to strzał w dziesiątkę. I wyszliśmy na tym dużo lepiej niż mielibyśmy bujać się skuterem po wyspie.
Tu w centrum Ubud nie ma food courtów w jakich się stołowaliśmy do tej pory. Ale też nie ma takiej potrzeby. W ostatnich dniach trochę się wymęczyliśmy. Należy nam się nagroda, wiec dziś jemy cudowności w super knajpie na wzgórzu – Warung Mina. Każdy stolik a swoja oddzielną altankę co wygląda uroczo. Jedzenie jest pyszne a my powoli zakochujemy się w Bali:)

 

Zostaw Komentarz