SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 15: Gili gili na Gili Islands

DZIEŃ XX

29 wrzesień
Bilety na kolejny transfer zarezerwowała nam obsługa hotelu. A co tam, niech się przydadzą do czegoś. Płyniemy teraz na Gili Islands. Jak widzicie dużo się przemieszczamy i często zmieniamy lokalizacje. Po pierwsze tak lubimy:) Po drugie, plan tej podróży powstał, gdy czytałem fora podróżnicze. Myślałem, że zakończymy podróż na Bali. Ale zacząłem czytać, że następne wyspy są jeszcze piękniejsze. Dopisałem je do naszego planu, ale wtedy się okazało, że jeszcze dalej jest jeszcze piękniej. Plan znowu się rozciągnął. Nie mogłem nam tego odmówić. Tym sposobem z Lembonganu trafiamy na Gili Islands.

 

 

Są to trzy wyspy do wyboru. Gili Trawangan na której jest najwięcej turystów, hoteli i knajp. Gili Air, która robi za punkt przesiadkowy oraz Gili Meno najcichsza i najmniej zaludniona. Wybraliśmy Gili Meno. Tym razem chcieliśmy ciszy i spokoju.

 

Zjawiliśmy się tam koło południa. Nie ma tu samochodów ani skuterów. Do hotelu można dostać się bryczką z zaprzężonym koniem. Było nam to nie w smak, więc poszliśmy na piechotę jakieś pół godzinki w upale. Wyspa jest maleńka więc można ją obejść spokojnie. Nocowaliśmy w Balenta Bungalow. Do plaży mieliśmy z 50 m. gdzie znajdował się bar serwujący nasze posiłki. Na plaży zero ludzi, woda fantastyczna a w tle Bali z górującym nad nią wulkanem grożącym wybuchem.

 

 

Zrobiliśmy mały spacer, by zorientować się co nas otacza. Był jakiś maleńki sklepik, restauracyjka serwująca ryby, pizze. Prowizoryczne kino grające Strażników Galaktyki i Vaianę. Były również budki oferujące transfery na inne wyspy oraz nurkowanie. Pogadaliśmy trochę z jednym właścicielem takiego lepsiejszego biura, który przeszkolił nas jak sprawdzić, czy w naszych rzeczach nie zalęgły się pluskwy. Opowiadał w jak fatalnych warunkach spał niekiedy i sam będąc pogryzionym kiedyś przez nie stwierdził, że Justynka ma na 99% uczulenie na coś i na pewno nie jest pogryziona. Na wszelki wypadek przeszukałem nasze rzeczy i całe nasze nowe lokum. Te perfidne stworzenia kamuflują się w różnych zakamarkach dlatego by je namierzyć potrzebujemy wykałaczki, którą przejeżdżamy po wszystkich szwach w naszym plecaku. Tak, tak, tam mogą się kryć już złożone jajeczka. U nas czysto, więc śpimy spokojnie:)

 

 

DZIEŃ XXI

30 wrzesień
Śniadanią podaną, że tak powiem z francuska. Jajeczniczka dla mnie raz. Czyli jajecznica z jednego jajka wsadzona miedzy dwa tosty. Tośmy poszaleli. Dobra czas na snorkeling, czyli to po co tu przypłynęliśmy.

 

 

Koszt takiej przyjemności to 500 rupii za łódkę . Obejmuje nurkowanie w pięciu miejscach.

Turtle bay gdzie pływa się z żółwiami. Coral city gdzie otacza nas cała chmara kolorowych rybek. Miejsce z zatopionym wrakiem statku  i miejsce, gdzie pewien artysta – Jason deCaires Taylor  zainstalował na dnie podwodne posągi, świetna sprawa. To był fun. Jednakże przesłanie tych posągów zatopionych na całym świecie przez Jasona jest zupełnie inne. Stwarza on coś jakby podwodne muzeum. Chce zwrócić w ten sposób uwagę ludzi na ochronę środowiska wodnego. Uświęcić ocean, nadać mu wartość. Wiemy o tym, że Mona Liza jest dziełem sztuki, nikt nie domalowałby jej wąsów. Nikt nie obrzuca Kaplicy Sykstyńskiej jajkami i nikt nie buduje hotelu na dnie Wielkiego Kanionu. Niestety ludzie nie postrzegają oceanu w ten sposób.

Knajpa obok wygląda przyzwoicie to i burgery sobie pozwoliliśmy zamówić. Burgery podane z frytkami i kukurydzą charakteryzowały się australijskim mięsem oraz zimną bułką. Mimo to daliśmy szanse temu miejscu wracając tam na kolację, by zjeść pizzę. Większego szyldu z napisem PIZZA chyba próżno szukać. Mają tu prowizoryczne kino wiec rozsiedliśmy się oglądając Guardiansów i czekając na ucztę. Było ciemno, ale widać było od razu, że coś jest nie tak. Pizza na ultra cienkim cieście, zelówa. Ciasto? Coś jakby na tacosach podane coś jakby sos i coś jakby ser. I mielone mięso, bo to pizza bolognese. Także tak, mamy zwycięzcę to była najgorsza pizza ever. Gorsza niż ta spalona na krakowskim rynku podczas wakacji 2006. Marzę teraz o tym, żeby wrócić jeszcze raz do Dżodży na tą ulicę z pucharami, bo naprawdę zasłużyli:)
Tak między Bogiem a prawdą to okazuje się, że mamy jeden fuck up. Pojutrze mamy udać się na Flores, tam już mamy wykupione noclegi bez możliwości zwrotu oraz bilety lotnicze na powrót. Wszędzie są ogłoszenia, że za 650 rupii można tam popłynąć. Czyli elegancko tak jak z Bali przepłynęliśmy na Lembongan potem na Gili Trawangan następnie na Gili meno, tak teraz popłyniemy sobie na flores. Diabeł tkwi w szczegółach. Podróż zajmuje 4 dni i 4 noce:D To taki Trip ze zwiedzaniem uff. Panie daj Pan coś szybszego. Fast Boat płynie 1 dzień i 1 noc. No waaay!!! To jest ten fuck up, ale jest jeszcze jedna kombinacja alpejska. Pojutrze z rana musielibyśmy dostać się na Gili Air skąd tylko jedna łódka wypływa o 8:30 na Bali. Dzięki temu będziemy na lotnisku koło 12 i mamy szansę polecieć na Flores tego samego dnia. Teraz trzeba to wszystko zgrać.

 

W naszej najbliższej okolicy są również takie wypasione hotele jakby sobie ktoś życzył. Ceny jednakże nie znam 🙂

 

DZIEŃ XXII

1 październik
Chłopaki u nas na kwadracie nie są zbytnio ogarnięci. Ewentualnie zjarani. W każdym razie podczas dzisiejszego śniadania pomylili wszystko, co siĘ dało. Zamówiliśmy dwa sadzone jajka dwie herbaty i jedną wodę. Dostaliśmy jajecznicę, dwie wody, o herbacie zapomnieli. Reklamacja 🙂

 

Nasz kryzys związany z transportem na Flores oczywiście został zażegnany wzorowo. Z pomocą babeczki na przystani zaklepaliśmy sobie bilety na speedboat z Gili Air na Bali, stamtąd od razu nas podrzucą na lotnisko. Ugadaliśmy Kapitana, który zabierze nas na Gili Air po 7 no i zakupiliśmy bilety lotnicze po 270 zł za osobę. To nie jest tak, że nagle doszedł nam ten wydatek, on cały czas był, tylko w sumie nie wiedziałem jak się dostaniemy i za jaką kwotę na Flores. Gdybym zabookował ten lot 2 miesiące temu to może urwałbym z tego 80 zł. ale weź bądź tu mądry i rezerwując coś wiedz o tym, że jedyną opcją dostania się na lotnisko jest jedna łódka o 8:30 na drugim końcu świata:)

Jako, że jedzenie na Gili Meno jest marniutkie to dziś wybieramy się na Gili Trawangan. Drogo sobie liczą za 10 minutowy kurs w dwie strony, bo 500 rupii. To jest pieprzone 135 zł za dwie osoby. To by była masakra nawet w polskich warunkach. W indonezyjskich to rozbój w biały dzień. A oni mi mówią, że to dlatego, że w nocy. Ale faktycznie ceny takie mają ustalone na całej wyspie. Wszyscy chcą wydoić białego Australijczyka. Mówiłem, że nie jesteśmy z Australii, ale akurat gadali miedzy sobą i nie usłyszeli. Dobra utargowaliśmy na 400 wieź płyń, bo na obiad jadłem tylko orzeszki. Na wyspie jest street market z jedzeniem, gdzie można sobie zjeść jakieś grillowane smakołyki.

 

Moja ukochana na instagramie obczaiła takie kozackie huśtawki usytuowane w wodzie, na których można się pohuśtać i zrobić piękne zdjęcia na tle oceanu i zachodzącego słońca. To był właśnie nasz pierwszy cel. Po 20 minutach spaceru od przystani znaleźliśmy taką najbardziej znaną huśtawkę a obok niej hamak. Na huśtawce akurat prężyła się blondie a na hamaku wymieniały dwie hinduski. Nawet nie wiecie ile zachodu wymaga zrobienie tak wspaniałego zdjęcia na instagram. Z 40 minut, żeby osiągnąć efekt przez duże E. Siedzisz na huśtawce przodem potem tyłem potem stoisz, a potem jedną nogę uginasz a druga spuszczasz do wody, lewą ręką trzymasz się pod boczek a później trzymasz podbródek tak, że jesteś taka zamyślona o losach tego świata dokąd on zmierza, a potem wysyłasz buziaka wszystkim obserwującym. To wszystko fotografują swoimi smartfonami dwie koleżanki z różnych pozycji, po kilka zdjęć każdej pozycji na wszelki wypadek jakbyś zamknęła oczy. Jedna koleżanka siedząca na brzegu się już niecierpliwi, bo teraz powinna być jej kolej wiec wchodzi do wody, ale w połowie drogi staje. Nie widzi ze wpierdoliła się w dwa kadry naraz, koleżanek na huśtawce i obcych dziewczyn na hamaku. Po chwili wychodzi zajarać szlugę a dziewczyny ponawiają ostatnie zdjęcia zepsute przez koleżankę następnie zamieniają się ze sobą miejscami. Potem zamiana całych grup aparatek. Te, co były na huśtawce idą na hamak a tamte z hamaka na huśtawkę. Aparatki okupujące obecnie huśtawkę skminiły, że lepiej będzie zrobić foty na tle plaży, bo robiąc na tle oceanu jest pod słońce. Widząc to dziewczyny z hamaka już wiedza, że też muszą wrócić jeszcze na huśtawkę i zrobić cała serie zdjęć na tle plaży. Jakiej plaży jakiego oceanu??? Był odpływ wy głupie krowy!!! Dookoła zostały glony i kałuże.

A jeśli jutro zlikwidują Instagram to nadal będziesz modelką??:)

 

Zostaw Komentarz