SINGAPUR / MALEZJA / INDONEZJA 16: Jestem Szamanem i wytańczę dla nas przyszłość

DZIEŃ XXIII

2 październik
No i wiesz, kupiliśmy te bilety na łódź do Serengan na Bali skąd mamy darmowy shuttle bus, który zawiezie nas na lotnisko. To rzut beretem, więc na farcie zdążymy. Możliwe, że będziemy mieć nawet zapas 4 godzin do wylotu. Na Gili Air podczas check inu upewniam się jeszcze czy ta łódka zabierze mnie na pewno do Serengan a nie do Padangbai oddalonego dużo dużo dalej od lotniska. Zawsze warto dopytać. Tak zawiezie cię do Serengan. Przy wchodzeniu na łódkę pytamy jeszcze raz, tak tak to ta łódka. Podczas rejsu jeszcze pytam jednego gościa z obsługi czy płyniemy do Serengan czy do Padangbai. Mówi ” No Padangbai” i pokazuje mi na mapie Serengan. Dopływamy do portu … Pieprzone Padangbai!!! Wszyscy wysiadają”. Nie mister , mister no! Do Serengan pływają łodzie o 11:30. Oszukaliście nas. Nie nie, ja chcę pomóc. O której macie lot? 13 …oooo to nie zdążycie tym darmowym shuttle busem on jedzie ponad 3h. Musicie wziąć prywatne taxi za kolejne 500 rupii, wtedy dojedziecie w 1h. ” #Rzygaj hajs Białasie!! Nie mieliśmy wyjścia pojechaliśmy za 300 niech sie udławią złamasy.

Lecimy do Labuan Bajo na Flores. Zasiano mi małą nutkę niepewności, że jest jeszcze jedno Labuan Bajo na Komodo. Wszędzie mówią tylko o Komodo, a nic o Flores. No i wysiadamy na tym lotnisku a tam wielki napis…Komodo. Spoko, to tylko nazwa lotniska, gps pokazuje, że jesteśmy we właściwym miejscu.
Z lotniska wyszliśmy jako pierwsi, bo mieliśmy tylko bagaż podręczny. Taksówkarze znów się na nas rzucili, ale to już było śmieszne. Uspokoiłem ich kazałem nie krzyczeć i powiedzieć po kolei, jaką oferują cenę. Gdy już ustaliliśmy jedną poniżej, której nie schodzą wzięliśmy gościa, który był pierwszy. Zawitaliśmy wreszcie do naszego ostatniego hotelu. Czterogwiazdkowy Sylvia Hotel dysponuje dostępem do plaży oraz dwoma basenami. Posiada również taras widokowy i restaurację.

 

 

No i wspaniale. Wokoło nie ma nic innego, a my nie mamy dziś zamiaru ruszać się do centrum. Nasz recepcjonista już nam ogarnął wycieczkę po taniości. Normalna cena to 1,2 mln za osobę a my mamy 1,5 mln za dwie w tym Komodo, Padar, Pink Beach. Informuje mnie o wszystkim na whatsappie, na którym zaczął pisać do mnie z zaskoczenia. Najpierw „yes sir, yes sir” a w końcu „okey brother”🙂 W ostatniej chwili powiedział mi, że o 5:30 rano już musimy wystartować. A później jak już spaliśmy napisał jeszcze, że o 5:30 to musimy być już na przystani. Wstałem o 5 i poszedłem mu powiedzieć, że pojedziemy na ten trip jutro a dziś zrobimy chill. Pogada o tym z kapitanem i da znać czy załatwi. Załatwi wszystko da się załatwić.

 

DZIEŃ XXIV

3 październik

Jak było powiedziane tak robimy, chillujemy cały dzień. W basenie i nad oceanem.

 

 

Śniadanie na kozaku. Wybór ogromny i jesz ile chcesz. Pytam mojego nowego bro co mamy zabrać ze sobą na ten jutrzejszy trip. Coś tam gada gada i mówi ze potrzebujemy ” put an sus „. Prosiłem o repeat, bo ogarnąć go za pierwszym razem się nie da. Chodziło mu o food And shoes. Oczywiście.
W Labuan Bajo nie ma co cudować, jadę sam z kierowcą shuttle busa wymienić pieniądze, kupić środek na komary i wracam. Flores i Komodo to obszar malaryczny więc trzeba się zabezpieczyć.
Super rzecz widzieliśmy za to w tv. Reklama takiego pasa wyszczuplającego do ćwiczeń z tele mango. Wesołe było w tym to, że odkryty brzuch był za mgłą . W zasadzie wszystko było za mgłą oprócz tego pasa, bo piersi tez były zbyt zaokrąglone i wydekoltowane i, mimo że w stroju do ćwiczeń to i tak ocenzurowane:)

 

 

DZIEŃ XXV

4 październik

Mieliśmy potwierdzone whatsappowo, że widzimy się z mordą przed hotelem 5:15 i ogarnia nam śniadanie, transport i tłumaczy z kim ruszamy na Komodo Tour. Jednakże zrobiła się 5:30 gościa nie ma, na recepcji nikt nic nie wie a my tym bardziej. Myślę sobie ” doooobra dał ciała to jak przyjdzie np. O 9 to mu karzę, żeby wtedy ogarniał jakąś łódź nawet jakby miał dokładać ze swoich”. Pojawił się jakiś taksówkarz, ale nie dla nas, jednakże doradził, że o 6 wypływają wszystkie lodzie z portu na ten trip. Rzekomo później nie będziemy mieli czego tam szukać.” Jest 5:45. Z 10 minut się tam jedzie, czyli czas tyka. Nie mamy już zbytnio hajsu a taksiarzowi trzeba 100 dać. Czas tyka. Jak my w ogóle znajdziemy swoją agencję, swoją łajbę i kapitana. Nie mamy żadnych danych, żadnego biletu. Taksiarz twierdzi, iż są tylko dwie łajby dziś płynące i on nas zawiezie centralnie pod naszą. Okej zdecydowaliśmy się. Gdy dojechaliśmy na miejsce łajba już odpływała, ale zawrócili. Nie byliśmy pewni czy to ta, ale oni wiedzieli, że brakuje im dwóch osób z Hotelu Sylvia. Dostaliśmy prowiant, maski płetwy i zasiedliśmy z tylu. Justyna była mocno zestresowana z tego powodu wiec nie zagadywałem, żeby się nie skończyło kłótnią, nie dziś, nie na koniec. Około 3h płynęliśmy na Padar naszym slow boatem. To tam właśnie umyśliłem sobie, że poproszę ją o rękę. Na filmikach w necie te wyspy wydawały mi się jakieś bardziej zielone, a teraz są ostro wypalone słońcem.nie wiem, czy coś mi się przewidziało, czy taka pora roku.

 

 

Zacząłem sie martwić co jeśli na tym Padarze będzie kiepsko. Nie mam już wielu możliwości, by zrobić to w innym miejscu. Co? Na Komodo warana najmę do tego, żeby jej podał pierścionek? (Tak sugerował Jędrek-jej brat). W Singapurze na hotelu? No nie bardzo. Tak w ogóle ciągnę za sobą pióropusz, który kupiłem za grube miliony na Bali. Cały czas dzierżę go w ręku co Justynę doprowadza do pasji. Kupiłem go po to, by właśnie na Padarze zrobić sztosowe foteczki. Więc ja miałem dwa cele wchodząc na górę zaś Justyna po czterech tygodniach intensywnej podróży nie zapatrywała się tak ochoczo na wchodzenie na szczyt w 40 stopniowym upale:) Kiepsko się czuła i nieco marudziła, żebym sam poszedł na górę. Tłumaczyłem, że odpoczniemy ile będzie trzeba, ale żeby spróbowała. Tuż przed szczytem siły zaczęły jej opadać węc dałem za wygraną. Powiedziałem, że tutaj chcę nakręcić takie ujęcie, że podchodzi do krawędzi, rozkłada ręce, a potem odwraca się do mnie. Wtedy właśnie miałem klęknąć. Poszła od niechcenia tak, żeby to odbębnić, podniosła ręce i zaczęła iść w moją stronę. Wtedy głos w mojej głowie zaczyna mówić „Panie rezyseze panie rezyseze. Nie tak bylo w scenariuszu” wiem !! Zamilcz , nie zawsze da sie wszystko idealnie wyreżyserować i trzeba improwizować. Przyklęknąłem i wypowiedziałem magiczną formułę, a jej twarz jak za dotknięciem różdżki zmieniła sie nie do poznania zalewając falą szczęścia:) To jest Padar a ja na kolana padam. „Czy wyruszysz ze mną w najpiękniejszą podróż…w podróż przez życie.???:)” Wszyscy na szlaku zaczęli nam gratulować i robić sobie z nami zdjęcia. Znienawidzony wcześniej przez Justynkę pióropusz już nie denerwował i sama zaproponowała, żebym go założył to porobi mi zdjęcia:) wszyscy happy:)

 

 

Kolejny punkt podróży to rezerwat waranów na Komodo. Koszt takiej przyjemności to 250 tys rupii za godzinną przechadzkę, podczas której nie ma gwarancji że zobaczy się warany. Podobno grupa przed nami tak miała. My za to napotkaliśmy 6 i pół warana. Jeden to był taki mały kajtek chodził między nami i się łasił, mimo wszystko paraliżując towarzystwo.

 

 

Wychodząc z rezerwatu mija się różne budynki, toalety, bary. One są przed wejściem. Szliśmy tędy idąc na początku do informacji kupić bilety. Okazuje się, że teraz tu przed wejściem paradują warany. Siedzą pod domkami, przy kałużach a także leżą na chodnikach. Dokładnie w tej części wyspy, gdzie szliśmy wcześniej bez przewodnika i nie wiedzielibyśmy jak się zachować zobaczywszy gadzinę. Poinformuję, że waran może osiągnąć prędkość 20km/k a jego jad jest zabójczy.

 

 

Ostatni punkt to Pink Beach. Tu sobie snoorkujemy. Bardzo przyjemnie, aczkolwiek plaża jak plaża. Może troszeczkę ma odcień różu, ale nie sprawiło to, żebym na nią się fatygował. Wolałem poganiać rybki i moją syrenkę 🙂

 

 

W drodze powrotnej zauważyłem w wodzie coś jakby płetwę rekina. Kapitan zaczął krzyczeć, żebyśmy wskakiwali do wody. Część wiedziała, o co chodzi i ruszyła za zwierzęciem. Okazało się, że to miejsce, w którym łatwo o spotkanie z mantami. Faktycznie niektórym udało się być całkiem blisko ich, ale my już nie fatygowaliśmy się do wody. Co ja z mantami w życiu nie pływałem?:)
Przypłynął do nas jakiś dziadek. Pomylił łajby i nie umiał wskazać, która była jego. Musieliśmy zawrócić i poszukać właściwej. Okazało się, że odstawiliśmy go na łódź, która właśnie doznała awarii. Podpłynęła do nas jeszcze jedna tak, żebyśmy tą uszkodzoną wzięli do środka, przywiązali do naszej i tej trzeciej i razem holowali ją stanowiąc tak naprawdę jedną całość.

 

 

Droga powrotna dłużyła się niemiłosiernie. Start był o 5:30 a powrót po 19. To potwierdza moją tezę, że aby zobaczyć coś wspaniałego unikalnego trzeba trochę się namęczyć. I gdybyśmy rano w ciągu tych 5 minut nie ogarnęli się, że jednak jedziemy tą taksówką, to nie mielibyśmy pózniej czego tu szukać. Cały Trip na Komodo, loty, 3 noce w drogim hotelu, zaręczyny wszystko wzięłoby w łeb, gdyby nie te szybko trykające 5 minut.
Nie wiedzieliśmy jak mamy wrócić do hotelu, ale okazało się, że na przystani czekał na nas Brat Morda, który w ramach przeprosin załatwił nam już darmową taksówkę:)

Zostaw Komentarz