WEST COAST USA 16: Bajer w Bel-Air

wpis w: WEST COAST USA | 0

DZIEŃ 23
16.06.2016

Dziś żegnamy się z Miastem Aniołów. Mimo negatywnych opinii w necie na temat tego miasta nam się bardzo podobało. To jest Hip Hop!! Jedziemy na Venice Beach obkupić się w pamiątki. Kolejny punkt na naszej drodze to dom Mojej Ukochanej, która kiedyś mieszkała w Santa Monica ze swoją rodzinką. Justynka bardzo mnie wspierała w czasie mojej podróży. Nawet napisała mail do NBA, by załatwić mi wejście do przebieralni, oczywiście mała szansa była by to się powiodło, ale kto nie próbuje ten nie zyskuje. Serduszko dla Niej<3 

…ale chwila… Jak się okazuje w domu tym, tuż przed nimi mieszkał Andrzej Bartkowiak. Jeden z najbardziej cenionych polskich operatorów na stałe pracujących w Hollywood. Pracował przy takich produkcjach jak „Adwokat Diabła”, „Speed-niebezpieczna prędkość” „Upadek”, „Zabójcza broń 4”, „Czułe słówka”, a także był reżyserem filmów „Romeo must die” i „Mroczna dzielnica” z Stevenem Seagalem.
Dziś taki mały House Trip. Kolejny dom na naszej liście to willa w Bel-Air znana dobrze wszystkim fanom serialu The Fresh Prince of the Bel-Air w młodym Willem Smithem w roli głównej. Tak ten serial też miał duży wpływ na wyluzowanko Hawaja 🙂
Dom jest otoczony dużym płotem, mało co widać. Jedynie z jednego miejsca można zrobić dobre zdjęcie. Dzwoniliśmy przy bramie, ale nikogo w tym czasie nie było. Bogacze jednak też pracują. Zatrzymała się za to przejeżdżająca sąsiadka pytając nas, o co chodzi z tym domem „ czy tu mieszka Ben Affleck??”, bo często widuje tu ludzi z aparatami.

 


W drodze powrotnej chcieliśmy zaliczyć jakąś plażyczkę. Zatrzymaliśmy się w Malibu. Woda była nadal okrutnie zimna. Wszedłbym mimo to, ale były duże fale, które by mnie na pewno sponiewierały o skały na brzegu. Zrezygnowałem. Pojechaliśmy zobaczyć jeszcze jedną hacjendę w Malibu, tą z serialu „Two and a half man”. Niestety nie da się do niej podjechać, gdyż znajduje się na osiedlu zamkniętym. W drodze powrotnej mieliśmy okazję podziwiać świetne zaćmienie słońca. Gdy już narobiliśmy fotek zorientowaliśmy się, że to jednak pożar i dym przesłonił słońce.

 

DZIEŃ 24
17.06.2016
Nocleg mieliśmy w Monterey. Zatrzymaliśmy się tam by dziś wypłynąć w morze i obejrzeć wieloryby. Jako, że bilety kupiłem wcześniej przez groupona to kosztowało mnie to 28$ a nie 45$. Cały trip trwał kilka godzin, trochę przysypiałem, trochę popatrzyłem. Wieloryb machnął parę razy płetwą, puścił wodę w górę i tyle. Ja chyba nie czuję tego. To ostatni raz kiedy wybrałem się na oglądanie jakiś zwierząt morskich. Było przynajmniej troszkę lepiej niż na Filipinach, gdzie rekiny wielorybie nie raczyły się nawet pojawić.

 

 

W Monterey wybraliśmy się pierwszy raz do Bubba Gump, knajpy która powstała po sukcesie filmu Forrest Gump. Kumpel z wojska Forresta, Bubba marzył o założeniu sieci restauracji z krewetkami. Niestety niedane było mu spełnić marzenia, ale Forrest stanął na wysokości zadania. Restauracja serwuje krewetki w przeróżnej postaci. Ceny nie są tanie toteż wziąłem sobie tylko przystawkę, która i tak była pokaźnych rozmiarów i całkiem smakowita. Reszta mojej kompanii przebimbała dużo więcej hajsu. Dodatkowo znaleźli w restauracji sklep z pamiątkami związanymi z Forrestem Gumpem, gdzie się obkupili. Restauracje Bubba Gump powstały w wielu miastach, ale pierwsza powstała tutaj w Monterey. Po posiłku mieliśmy jeszcze trochę czasu, żeby zwiedzić słynne Oceanarium w Monterey. Z ciężkim sercem zapłaciłem 50$ za bilet wstępu, by później ze skwaszoną miną chodzić pół godziny. Po kolejnej pół godzinie spodobało mi się jednak, szczególnie gdy zobaczyłem meduzy.

Dla nich naprawdę było warto tu wejść.

Podsumowując: zobaczyłem jedno z najlepszych oceanariów na świecie, więc już nigdy nie wybieram się do żadnego, czy to w Tokyo, Szanghaju czy Florydzie. Odhaczone.


Z Monterey jedziemy do Gilroy zwanego miastem outletów. Jest tu masa sklepów z przecenami najróżniejszych firm. Mimo to obskoczyłem wszystko w półtorej godzinki. Jak dla mnie szału nie było. Szukałem głównie jakiś fajnych butów w dobrej cenie, ale się zawiodłem.


Późnym wieczorem dojechaliśmy do San Francisco. Wtedy dotarło do nas, że jest weekend. Ulice tętniły życiem, mimo to byliśmy padnięci i już nigdzie się nie bujaliśmy po mieście. Trzeba było się spakować. Dodatkowym utrudnieniem było, że jest jakaś zamotka z rezerwacją i jedyny nocleg w przystępnej cenie to pokój dwuosobowy, do którego wstawili nam łóżko polowe. Także ja próbowałem spać przy zapalonym świetle a chłopaki się pakowali w tym czasie.

 

DZIEŃ 25
18.06.2016

Chłopaki mieli wylot wcześniej ode mnie i Izy więc zawiozłem ich na lotnisko. Następnie w planie mieliśmy umyć samochód, ale powiedziano nam, że w USA nie trzeba oddawać czystej fury. Był początkowo plan, żeby wysłać nasze zakupione rzeczy w paczce do Polski, ale dziś sobota i nikt nam tego nie wyśle już. Mieliśmy kupę sprzętu biwakowego, który oddaliśmy parkinogowemu w nadziei, że zejdzie z ceny za parking, ale jednak się przeliczyliśmy. Nasz powrót wyglądać miał tak, że ze Stanów lecimy do Londynu a stamtąd do Oslo i do Warszawy. W Oslo musielibyśmy brać nocleg i tracić kolejny dzień na powrót, W ogóle się to nie kalkulowało więc dokupiliśmy tani lot z Londynu do Wawy. Jednakże chłopaki zadzwonili z lotniska, że jest lipa z bagażami. Mimo że my przesiądziemy się w Londynie na bezpośredni lot do warszawy, to nasze bagaże muszą polecieć do Oslo. Nie chciało mi się w to wierzyć, ale zaczęliśmy kombinację alpejską. Szukanie lotów z Oslo tak, żeby nie nocować tam. Był nawet pomysł, że polecę po mój bagaż do Oslo w następny weekend. Chłopaki mimo braku dni wolnych w pracy mieli zamiar lecieć do Oslo od razu i odebrać swój bagaż. Spakowaliśmy się najlepiej jak umieliśmy i ruszyliśmy na lotnisko gdzie najnormalniej w świecie poprosiliśmy babeczkę czy byłaby możliwość żebyśmy w Londynie odebrali swoje bagaże, gdyż z powodów rodzinnych musimy tam zostać. Nie było z tym najmniejszego problemu, odpowiednio oznakowała nasze bagaże, które odebraliśmy w Londynie. Chłopakom tez się udało zmienić ich ostateczną destynację na lotnisku w Nowym Jorku. Na lotnisku w Londynie przechwyciliśmy chłopaków, którzy rzutem na taśmę umówili się na jeszcze jeden wywiad z brytyjskim raperem 4I.

Ostatni stresik towarzyszył już tylko mi, bo nie wykupiłem bagażu rejestrowanego na lot z Londynu do Warszawy. Udało się przepchnąłem go znowu jako bagaż podręczny 😀

I to by było na tyle. Kolejna niesamowita podróż dobiegła końca. Byłem w Stanach już dwa razy. Na Hawajach i na zachodnim wybrzeżu. Jako, że wizę mam do 2023 roku to myślę, że trochę odpocznę obierając inne kierunki by za parę lat powrócić i zwiedzić wschodnie wybrzeże. A kiedyś w przyszłości powrócę na Hawaje, a może sobie tam zamieszkam? A może w San Francisco by mieć blisko do Oracle Arena, gdzie bym wykupił sobie karnet na wszystkie mecze Warriors by spełniać swoje marzenia co weekend:)
We are Dub Nation!!:D

Zostaw Komentarz